Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Zapomniany Szymon Czarnogęba

asd asd

Fenomenalny Stephen Powell jako Simon Boccanegra w operze Verdiego pokazał wielki kunszt wokalny i piękno głosu barytonowego, a swą rolę zaśpiewał z prawdziwą gracją i patosem – pisze Maciej Madaliński, który debiutuje jako autor Młodzieżowej Gazety Muzycznej.

 

Łukasz Borowicz, fot. archiwum Stowarzyszenia im. Beethovena

 

 

W miniony poniedziałek Łukasz Borowicz przedstawił pierwotną wersję opery Giuseppe Verdiego Simon Boccanegra – wersję zapomnianą, lecz niezwykle bogatą muzycznie. 

Obecnie wystawiany na światowych scenach Boccanegra jest jest efektem poprawek, które w 1881 roku Verdi naniósł w partyturze dzieła, które skomponował niemal 20 lat wcześniej. Simon Boccanegra to opera mniej popularna niż Traviata bądź Aida, lecz ostatnimi czasy chętnie się po nią sięga, choćby dzięki licznym wykonaniom z Placido Domingo w roli tytułowej. Verdi w pierwotnej wersji z 1857 roku konsekwentnie stosował swój styl, na który składają się piękne i patetyczne chóry, arie i duety. Ponadto zawarł tradycyjną i charakterystyczną w jego operach przepiękną heroinową arię Marii, zakończoną wirtuozowską cabalettą, z której zrezygnował w drugiej wersji dzieła. W „pierwotnym” Boccanegrze kompozytor precyzyjnie buduje dramatyzm, instrumentując dialogi bohaterów wiolonczelami, puzonami i fagotami w niskich rejestrach. Nie brak też scen triumfalnych, pełnych pogodnego, dostojnego brzmienia trąbek, fletów i wysokiego rejestru skrzypiec. Pierwotną wersję opery Verdiego, którą miałem okazje usłyszeć pod batutą Borowicza, jestem gotów porównać do Nabucca, Stiffelia, Rigoletta – oper typowych dla Verdiego, pisanych jego unikatowym i jedynym w swoim rodzaju stylem muzycznym i z właściwą mu instrumentacją. Wersja z roku 1881 jest już wersją bardziej zapowiadającą Otella – zbliża Verdiego do dramatu muzycznego. 

Idąc na koncert, byłem pełen entuzjazmu, że mogę usłyszeć nieznane mi dzieło Verdiego. Niestety, po krótkim wstępie czar prysł. W moich uszach wybrzmiały ciężkie, zmęczone, niedbałe głosy solistów. Z marnym skutkiem starali się oni odśpiewać tę operę, bez zaangażowania w role. Orkiestra nie pozostawała im dłużna. Nieczyste partie dętych, koszmarne fanfary trąbek, fałszywe dźwięki w partii fletu i klarnetu drażniły uszy. Finałem tego wykonania, było wyjście części widowni w przerwie koncertu. Dowiedziałem się, że artyści parę dni przed feralnym koncertem dość intensywnie pracowali, ponieważ nagrywali operę na płytę, ale w mojej ocenie to nie usprawiedliwia tak słabego wykonania, skoro fenomenalny Stephen Powell jako Simon Boccanegra pokazał wielki kunszt wokalny i piękno głosu barytonowego, a swą rolę zaśpiewał z prawdziwą gracją i patosem właściwym doży. 

Odmiennie wypadli pozostali soliści. Amanda Hall wcielająca się w postać Marii Boccanegry nie zachwyciła właściwie niczym. Jej głos kompletnie nie pasował do roli Verdiowskiej heroiny – słabo brzmiący w średnicy, sztuczny i przytłumiony w górnych partiach, a toporne koloratury w finale arii uczyniły zeń karykaturę i parodię. 

Bas Nikolay Didenko śpiewający rolę Jacopa Fiesco radził sobie nawet nieźle, choć nie zawsze czysto i precyzyjnie. Tenor Eric Barry jako Gabriele Adorno zupełnie nie pasował do kreowanej roli. Jego głos nie podołał tej partii. Może zmęczenie, może nieodpowiedni repertuar? Koniec końców wypadł bardzo słabo. Słychać było brak kontroli nad głosem w pewnych momentach oraz to, że nie mógł się przebić przez orkiestrę, co w przypadku głosu tenorowego jest rzadkim zjawiskiem. 

Oprócz Stephena Powella zaskoczeniem dla mnie był Andrew Craig Brown w drugoplanowej roli Paola Albiani – zaśpiewał piękną barwą, dobrym, ładnym dźwiękiem i pomimo że to mała rola – przerósł głównych bohaterów. 

Chór Filharmonii Narodowej przygotowany przez Henryka Wojnarowskiego spisał się na medal i zaśpiewał przepięknie melodie skomponowane przez włoskiego mistrza opery. Łukasz Borowicz energicznie, a zarazem subtelnie poprowadził orkiestrę, zachowując to, co w muzyce Verdiego jest najistotniejsze – piękno włoskiej melodii.

Koncert od strony wykonawczej może i do udanych nie należał, ale warto było na niego się wybrać dla piękna muzyki i geniuszu kompozytorskiego Giuseppe Verdiego. Z niecierpliwością czekam na płytę z nagraniem wersji Simona Boccanegry z 1857 roku – niestety z tymi samymi solistami, ale mam głęboką nadzieję, że na nagraniu wypadli dużo lepiej i że świat będzie mógł poznać tego białego kruka w dorobku kompozytora. 

 

Maciej Madaliński

 

Recenzja koncertu 25 marca 2013 r. w Filharmonii Narodowej podczas 17. Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena.

Zdjęcie w miniaturze przedstawia Stephena Powella, zdjęcie na stronie głównej – Łukasza Borowicza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.