Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Włoskie reminiscencje Damiana Kułakowskiego

Damian Kułakowski Damian Kułakowski

      Toskania. Kraina słynąca z winnic, gajów oliwnych, malowniczych wzgórz i średniowiecznych miasteczek jest również krainą niezliczonych zabytków kultury z Florencją na czele. Dla muzyki to równie ważny obszar. Właśnie w mieście Medyceuszy, pod koniec XVI w., grupa artystów podjęła próbę odtworzenia  antycznego dramatu greckiego dając tym samym początek operze.  Jednak udając się w 3-tygodniową podróż po Toskanii i Lombardii nie spodziewałem się, że doznam tylu wrażeń muzycznych.

      Muzyczny urok Toskanii tkwi nie w dużych  festiwalach filharmonicznych, lecz niewielkich plenerowych koncertach  w małych miasteczkach turystycznych. Muzykę można też spotkać w uroczych, zabytkowych kościółkach, gdzie szczególnie miło słucha się kameralistyki oraz małych składów orkiestrowych. Oprócz tego, spacerując wąskimi uliczkami Florencji czy Pizy nie można przejść obojętnie obok  przytulnych kawiarenek, w których odbywają się wieczory jazzowe, a goście zgromadzenie wokół muzyków sączą niezrównane Chianti.

      Szczególną uwagę zwróciłem jednak na festiwale muzyczne dla młodych ludzi. Byłem bowiem na dwóch plenerowych koncertach, z których jeden zagrała dziecięca orkiestra z Korei Południowej, a  kolejny młoda włoska orkiestra festiwalowa. Co ciekawe, pierwszy z tych koncertów odbywał się w znanym ze średniowiecznego klimatu, liczącym zaledwie 7000 mieszkańców, San Gimignano. Nie było to w prawdzie wykonanie płytowe. Orkiestra  złożona z dzieci w wieku 10-12 lata zagrała VI Symfonię Beethovena i tegoż Egmonta (sic!). Muzykowi siedzącemu na widowni życzyłbym, aby ta kreacja nie pozostała zbyt długo w pamięci, ale z pewnością dla turystów była to atrakcja, tym bardziej, że orkiestra grała na głównym placu ratuszowym przy najwyższej wieży miasta. Tutaj też, kilka godzin wcześniej odbywał się jeszcze jeden koncert, tym razem w kościele, również z udziałem młodzieży, na który czas nie pozwolił mi pójść. Niemniej dało mi to do myślenia. W mieście liczącym 7000 mieszkańców w ciągu jednego wieczoru mogłem być słuchaczem 2 koncertów.

      Kolejnych doznań dostarczyła mi Cremona – mekka lutników. O dziwo miasto Stradivariusa „zaoferowało” koncerty fortepianowe Mozarta, a nie dzieła skrzypcowe. Tu  znów byłem zaskoczony,  lecz in plus. Orkiestra grała naprawdę dobrze, a  jako soliści wystąpili profesorowie. Słuchałem z wielką przyjemnością i prawdę mówiąc, nie wiem, kiedy minęła godzina 23. Po tym miłym muzycznym akcencie na ziemię sprowadził mnie brak miejsca do spania.

      Największym zaskoczeniem podczas mojej wyprawy był jednak koncert w miejscowości Fiesole, nieopodal  Florencji. W tym historycznym mieście, gdzie echa ze starożytnego amfiteatru rzymskiego rozpościerają się po renesansowych z kolei uliczkach, natrafiłem na mały kościół pod wezwaniem św. Aleksandra, gdzie akurat swą próbę przed wieczornym występem miał wielki interpretator muzyki barokowej i klasycznej,  a nade wszystko pierwszej klasy skrzypek Giuliano Carmignola.

     Było to wspaniałe doświadczenie. Czekałem na koncert kilka godzin. Ponieważ kościół, podobnie jak całe miasto, znajduje się na wzniesieniu,  podziwiałem  piękną panoramę  Florencji z górującą nad nią katedrą Santa Maria Del Fiore. W programie wieczoru znalazły się   3 koncerty skrzypcowe Haydna. Utwory  zatem rzadko wykonywane, a szkoda. W obiegu szkolnym pojawia się od czasu do czasu koncert G-dur, lecz skrzypkowie często traktują dzieła Haydna z przymrużeniem oka. W wykonaniu Carmignoli i młodej orkiestry Gli archi dell’Orchestra Giovanile Italiana koncerty te olśniły mnie. Słychać w nich było pełnego poczucia humory Haydna, którego znamy z Symfonii „Z niespodzianką”, czy niektórych kwartetów smyczkowych. Ta pogodna muzyka, którą Carmignola zaserwował bez zbędnej afektacji, lecz z werwą i przestrzenią w dźwięku, musiała się spodobać publiczności. Oprócz tego zwróciłem szczególną uwagę na brzmienie skrzypiec Maestro. Był to istny dzwon.  Nawet przy tak homogenicznej pod względem składu orkiestrze smyczkowej jego instrument wybijał się na tle tutti.

      Koncert Carmignoli z pewnością był największym „hitem muzycznym” tego wyjazdu, ale gdy  przejeżdżałem przez małe toskańskie miejscowości, moją uwagę przykuło coś jeszcze. Nie był to koncert ani festiwal. Nie pamiętam nawet jak nazywała się miejscowość, w której przysłuchiwałem się ulicznemu grajkowi, wykonującemu Chaccone d-moll Bacha na skrzypce solo, ale nie wierzyłem własnym uszom jego wykonaniu. Nawykły do słuchania raczej miernych wykonań Ave Maria i Pór Roku na warszawskiej Starówce stanąłem jak wryty, nie mogąc wyjść z podziwu dla jakości dźwięku oraz, że muzyk ten odważył się wyjść z tak poważnym repertuarem  na ulicę. Turyści, choć raczej nie byli muzykami, chyba usłyszeli, że mają do czynienia z dobrym skrzypkiem. Wokół niego zgromadził się bowiem całkiem ciasny krąg słuchaczy.

       Wędrówka po Włoszech zaprowadziła mnie nie tylko do muzeów i wielkich katedr, ale również do mniejszych miejscowości żyjących własnym życiem muzycznym, którego odkrywanie sprawiło mi nie lada przyjemność. Wśród tych wszystkich atrakcji każdy turysta może znaleźć coś dla siebie, bo oprócz koncertów jakie odwiedziłem, spotkałby liczne propozycje koncertów jazzowych, muzyki popularnej, a nade wszystko spektakli operowych, nierzadko wystawianych w plenerze. Po powrocie z Toskanii nie można zaprzeczyć, że Włosi to muzykalny naród.

Damian Kułakowski

NA ZDJĘCIU GIULIANO CARMIGNOLA/DG

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.