Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Wieniawski to początek – rozmowa z Aleksandrą Kuls

asd asd

Rozwój i możliwość zdobywania doświadczenia są dla niej najważniejsze, a każdy koncert to próba doskonalenia się – mówi 20-letnia skrzypaczka. 

Skąd się wzięła muzyka w Twoim życiu, czy jest to tradycja rodzinna czy był to własny wybór? 

W rodzinie było trochę tradycji muzycznych. Moje babcie i prababcie grały na fortepianie, a moi dziadkowie i wujkowie na skrzypcach. Dla mnie to, że szłam do szkoły muzycznej, było naturalne. Mam czworo rodzeństwa i wszyscy przeszliśmy przez edukację  muzyczną. Właściwie zdziwiłam się, gdy dowiedziałam się, że nie wszyscy chodzą do szkoły muzycznej .

A dlaczego skrzypce?

Nie wiem, ale  wiem, że zdecydowałam sama. Zanim poszłam do szkoły muzycznej, grałam na fortepianie, a nagle, idąc do pierwszej klasy, zdecydowałam, że będę grać na skrzypcach. Krążą rodzinne opowieści, że jako mała dziewczynka słuchałam skrzypka na wielkiej sali koncertowej, po czym wstałam i powiedziałam, że ja też chcę tak grać. Musiało mi się to podobać. 

Powiedziałaś, że grałaś na fortepianie.  Komponowałaś też. Czy zrezygnowałaś z fortepianu i kompozycji, ponieważ stwierdziłaś, że chcesz poświęcić się skrzypcom, czy też czas nie pozwalał na kontynuowanie gry na fortepianie?

Byłam bardzo przywiązana do fortepianu i na przeszkodzie stanął brak czasu. Mam świadomość, że jeśli chce się czemuś poświęcić, to nieraz trzeba zrezygnować z pewnych rzeczy. Ja się poświęciłam skrzypcom. Nie wykluczam jednak zupełnie kompozycji. 

Przeczytałem niedawno artykuł o badaniach prowadzonych przez C. Ericsona , który stwierdził, że należy poświęcić przynajmniej 10 tys. godzin, żeby osiągnąć sukces w danej  dziedzinie. Czy to w muzyce też się sprawdza? Myślisz, że poświecenie 10 tys. godzin na grę na instrumencie wystarcza, żeby osiągnąć sukces?

 Nie wiem czy „wystarcza” to odpowiednie słowo. Myślę jednak, że bez ciężkiej pracy i wielogodzinnego  doskonalenia warsztatu nie osiągnie się sukcesu. Niektórzy mają to szczęście, że nie muszą poświęcać tyle czasu, są wspaniali  i grają cudownie, bo są wybitnie utalentowani. Mnie się jednak wydaje, że ten czas na ćwiczenie jest potrzebny.

Jak wyglądały Twoje przygotowania do Konkursu Wieniawskiego?

Bardzo  zabawnie. Dopiero jak byłam na kursie w Gdańsku, dwa miesiące przed Konkursem, dowiedziałam się, że mogę wziąć w nim udział. Więc z panią prof. Danczowską, w Krakowie, zrobiłyśmy sobie maraton lekcyjny. Miałam zajęcia codziennie, po parę godzin. Było one bardzo wyczerpujące, ale ogromnie dużo mi dały. Z perspektywy czasu wspominam to bardzo dobrze, ale był to czas męczący, intensywny. Grałam wtedy wiele koncertów, aby ograć program.

To wymagało również od Pani Danczowskiej poświecenia swojego czasu.

Owszem. Ale ona zawsze powtarza, że na lekcji daje z siebie wszystko. Bardzo ją pasjonuje i cieszy taka praca. Tym bardziej, że dobrze się rozumiemy. Nie jest tak, że Pani Danczowskakoncertuje, a nauczanie odstawia na drugi plan. To również  jest jej konik. Ale przyznam, że po takim siedmiogodzinnym maratonie można się przewrócić. 

Siedmiogodzinnym?

Tak. Moja najdłuższa lekcja trwała blisko 7 godzin. Oczywiście  w jej trakcie szłyśmy na obiad i robiłyśmy przerwę. Przed Konkursem moje lekcje trwały zwykle 4-5 godzin. 

A jak wygląda praca z Panią Danczowską? Ona w 1967 r. też była laureatką Konkursu Wieniawskiego. Można powiedzieć, że Ty jesteś przedłużeniem skrzypcowej linii Danczowskiej. Jesteś zadowolona ze współpracy? 

Jestem bardzo zadowolona. Mam to szczęcie , że świetnie się rozumiemy i dzięki temu tak dobrze nam się pracuje. Pani Danczowska nie oszczędza mnie, i jak już powiedziałam, lekcje są bardzo długie.

Wie, że ma klejnot do oszlifowania .

Nie wiem, czy wie. Może… Cieszę się, że nie jest to moja jednostronna radość. Pani profesor nie męczy się ze mną. Mamy dobry kontakt jako ludzie. To jest niezmiernie ważne. Jestem w takim czasie, kiedy się rozwijam, dorastam. Powinniśmy mieć przy sobie autorytety, kogoś, kogo możemy podziwiać. Fantastyczne  jest, że Pani profesor nadal koncertuje, a ja mogę jej słuchać i uczyć się na żywo.

Na dwa miesiące przed  Konkursem dowiedziałaś się, że możesz wziąć w nim udział. Jak zareagowałaś na tę wiadomość? Nie miałaś tak dużo czasu  na przygotowanie jak inni uczestnicy. 

Pierwszego dnia byłam pewna, że odmówię udziału w Konkursie. Myślałam, że nic mi to nie da, że źle się zaprezentuję. Później jednak stwierdziłam, że warto spróbować i cieszę się z tego, że tak wybrałam. Bardzo dużo mi to dało.

A jak wyglądał kurs i praca z Maximem Vengerovem?

 Maxim Vengerov to niezwykły muzyk ale i wspaniała osobowość. Wszystkim skrzypkom polecam, aby wybrali się na jego kurs. Do każdego ucznia podchodził indywidualnie, bardzo serdecznie i starał się dostosować lekcje do poziomu osoby grającej. Był również wymagający.  Grał w czasie lekcji różne fragmenty z pamięci. To było niezwykłe. Grał wszystko. Kiedy ktoś przychodził z Rondem Mozarta – grał Rondo, kiedy miał pracować nad Koncertem Prokofiewa – grał Koncert Prokofiewa.

Konkurs Wieniawskiego był dla Ciebie najpoważniejszym dotychczas  wydarzeniem. Jak radziłaś sobie z emocjami, kiedy miałaś świadomość, że wychodzisz na scenę,aby grać  obok równie zdolnych, bardzo dobrych skrzypków i przed tak znamienitą komisją: przed Bronem  czy Vengerovem. Jakie to były doznania?

Bardzo różne. Przechodziły od stresu do wielkiej radości. Najtrudniejszy był pierwszy etap, to pierwsze wyjście na scenę, bez pianisty. Grałam ostatniego dnia pierwszego etapu i to był dla mnie czas wielkiego napięcia i oczekiwania. Drugi etap grało mi sie łatwiej, cieszyłam się, że mogłam znaleźć się w tym mniejszym gronie, już stopień wyżej. Z perspektywy czasu to wszystko wygląda łagodniej, ale pamiętam, że był to męczący okres. 

Który z etapów był dla Ciebie najtrudniejszy?

Pierwszy, chociaż trzeci  też był trudny przez to, że nie miałam doświadczenia orkiestrowego, a  Symfonia concertante, nad  którą pracowałam tylko przez 2 miesiące, wymagała więcej czasu.

Wielu krytyków Twój Mozart zadziwił. Niewiele osób zauważyłoby, że krótko miałaś go w repertuarze. Czy podoba ci się taka gra zespołowa?

Tak, ogromnie mi odpowiada, ale też mam to szczęście, ze Pani Danczowska tak wspaniale gra Mozarta i nagrała wiele płyt z jego utworami. Więc, tak jak każda lekcja z Nią jest fascynująca, tak lekcje z Mozartem to specjalne wydarzenie. Ona rzeczywiście czuje się w swoim żywiole,kiedy przychodzi czas na Mozarta. Jest wówczas niesamowicie żywiołowa i jej emocje udzielają  się mnie. Myślę, że dzięki temu mogę bawić się tą muzyka. 

Grając Symfonię koncertującą musiałaś się wykazać dużą umiejętnością gry zespołowej. Wiem, że w szkole średniej bardzo dużo grałaś kameralnie. Czy to procentuje?

Myślę, że ogromnie. Wydaje mi się, że tylko dzięki temu jest możliwe, że III etap poszedł, tak jak poszedł. To właśnie efekt doświadczenia kameralnego, całkiem sporego. Sześć lat w kwartecie i innych zespołach. To ogromnie rozwija. 

Wspomniałaś o nagraniach pani Danczowskiej, a kiedy fani doczekają się Twojej płyty debiutanckiej i co byś chciała, żeby się na niej znalazło?

 Trudno powiedzieć. Ja wciąż czuję, że mam bardzo dużo do zrobienia z moim warsztatem skrzypcowym, zanim mogłabym posłuchać mojego grania. Na pewno nie chciałabym nagrywać czegoś, co zostało ukazało się na rynku płytowym. Chciałabym uniknąć standardów. Kiedyś rozmawiałyśmy z Panią Danczowską o sonatach Prokofiewa. Kto wie? Myślałam również o koncertach Mozarta, bo ich polskich nagrań jest bardzo niewiele. 

O ile pamiętam w programie Konkursu miał być etap, w którym skrzypek miał wystąpić w roli koncertmistrza, solisty i dyrygenta. Czy taki pomysł na przyszłe edycje jest dobry?

 Pomysł jest znakomity, tylko to wymaga od uczestników wielkiej umiejętności, by z jednej strony poprowadzić orkiestrę, a z drugiej utrzymać własne wykonanie z odpowiednią siłą i charakterem. To sprawdzian charyzmy i osobowości. 

Skoro jesteśmy przy orkiestrze, jak wspominasz pierwszą próbę z Orkiestrą Polskiego Radia?

To było stresujące, ale pozytywne doświadczenie. Miałam nadzieję, że muzycy mnie zaakceptują, że mnie nie zagłuszą, że dla nich granie też  będzie przyjemnością. Poza tym trzeba udowodnić, że zasługuje się na to, by grać z orkiestrą. Dochodzi stres, ręce się pocą, chce się zagrać czysto. To się wyczuwa, gdy orkiestra lekceważy występ, bo jest to na przykład dziesiąty koncert w tym tygodniu. Widać, czy muzycy chcą ze mną grać, gdy proszę o coś dyrygenta. Jeśli realizują moje propozycje to znaczy, że współpraca będzie dobra. Jeśli nie… Cóż. Mogą uznać mnie za niedojrzałą studentkę. Na szczęście praca z Orkiestrą Polskiego Radia była miła i owocna. 

A koncert w Polskim Radiu. Jakie są Twoje wspomnienia z tego bardzo ważnego wydarzenia?

 To był mój pierwszy wielki koncert  pod batutą tak znakomitego dyrygenta jak maestro Strugała i z tak dobrąorkiestrą. Pamiętam, że mikrofon niemal  stał mi na nosie. Były wielkie emocje. Bardzo się cieszę z takiego doświadczenia. 

Dzień wcześniej miałaś koncert w Kielcach?

 Tak. Występ w Kielcach był mi potrzebny, bo Koncert Brahmsa jest na tyle trudny, że trzeba grać go wiele razy, zanim się dojdzie do zadawalającego poziomu. Mimo to wiem, że podczas koncertu w Warszawie było wiele braków.

Jak się zmieniło Twoje życie po Konkursie Wieniawskiego?

Mam w planach dużo koncertów. Do tego doszły propozycje po Paszportach Polityki. I to mnie bardzo cieszy. To jest dla mnie znowu okazja do rozwoju i bycia na scenie- żeby zaistnieć. A w planach występy wakacyjne i na przyszły rok. 

Jak wspominasz Konkurs teraz, z perspektywy czasu? Czy po pół roku podchodzisz do niego z dystansem?

W tamtym momencie miałam różne odczucia. To nie był tylko stres i napięcie. Właśnie dzięki temu, że mój czas przygotowania był skrócony, dużo poczucia odpowiedzialności, które nas często przytłacza, odpadło . Nie było tak, że  koniecznie muszę dojść do finału. Podchodziłam do tego Konkursu jak do nowego doświadczenia, właściwie eksperymentalnie – czy da się przygotować do takiego Konkursu w dwa miesiące. Wspominam też bardzo miłą atmosferę i to, że mijaliśmy się z komisją na śniadaniu albo w korytarzu, to że chodziłam na przesłuchania, że nie siedziałam tylko w pokoju i ćwiczyłam. Starałam się uczestniczyć w życiu konkursowym, żeby się oswoić, żeby nie czuć, że jest to coś obcego, przed czym się stresuję, czego się boję.

Mówisz, ze słuchałaś innych wykonawców w czasie Konkursu. Niektórzy instrumentaliści tego unikają, bo boją się presji , boją się uświadomić sobie, że inni też grają bardzo dobrze.

Ja też zawsze tak robiłam – nie słuchałam przed swoim graniem, a ponieważ miałam już tyle różnych doświadczeń w czasie tego Konkursu, więc pomyślałam: „dlaczego nie spróbować posłuchać w sali innych wykonań”. To było bardzo dobre doświadczenie, bo słuchając innych, ja również się uczę. 

Czy sądzisz, że każdy szanujący się skrzypek – Polak powinien spróbować swych sił w konkursie Wieniawskiego?

Dlaczego nie. To jest rzeczywiście największy konkurs skrzypowy w Polsce. Jeżeli ktoś chce zaistnieć w kraju, to może mieć pewność, że wszystkie oczy będą tam w tym okresie skierowane. A o to chodzi. W ciągu roku, na całym świecie jest tyle pierwszych nagród na wielu konkursach, że nie wszyscy laureaci pierwszych miejsc rozpoczną trasy koncertowe i zdobędą sławę. W Konkursie Wieniawskiego chodzi o to,żeby się pokazać.  Przecież ja nie wygrałam tego Konkursu, a rozmawiamy jakbym była przynajmniej finalistką.

Ale zdobyłaś nagrodę krytyków i nagrodę Wandy Wiłkomirskiej. To wielkie wyróżnienie, prawda? Widać, że bardzo dobrze  czujesz się z utworami Szymanowskiego. 

 Tak naprawdę był to mój pierwszy lub drugi utwór Szymanowskiego. Moja interpretacja to  też wielka zasługa prof. Danczowskiej, Uczyla się ona w klasie Eugenii Umińskiej, która wykonywała utwory Szymanowskiego z samym kompozytorem. Dzięki temu usłyszałam wskazówki, które pozwalają wykonać te utwory tak, jakby kompozytor chciał je usłyszeć.

A Sonata Ravela? Jest dosyć rzadko wykonywana. Dlaczego wybrałaś właśnie ją? 

 Ta sonata przechodziła wiele metamorfoz od czasu dyplomu, na którym ją grałam. Wybrałam ją ze względu na skrócony czas przygotowań do Konkursu. Pracowałam nad niąw  semestrze poprzedzającym Konkurs i łatwiej było mi się przygotować. Poza tym z Marcinem Koziakiem bardzo dobrze nam się ją grało. 

Właśnie. Jak ci się pracuje z Marcinem Koziakiem? Tworzycie chyba wspólnie bardzo zgrany duet?

 Tak myślę. Wspólnie gra  nam się bardzo dobrze, choć wymaga to dużo pracy. Dla mnie to cały czas nowe doświadczenie. Mimo, że wcześniej grałam najróżniejszą muzykę kameralną, to niewiele było w niej duetów z fortepianem czyli utworów, gdzie skrzypek i pianista są równie ważni. A trzeba umieć odróżnić granie z akompaniamentem  i granie z fortepianem. To zupełnie inne światy.

Co innego grać sonatę, gdzie oba instrumenty mają równorzędne partie, a co innego grać utwór wirtuozowski. 

Racja. Ta granica była dla mnie zbyt płynna. Bardzo chciałam narzucać swoją interpretację. Dzięki pracy z Marcinem i podpowiedziom prof. Danczowskiej uświadomiłam sobie, że moje zdanie nie jest najważniejsze. Jest to też kwestia wzajemnego słuchania.

To co dajecie razem z Marcinem Koziakiem to wasza młodość, werwa i żywiołowość, ale gdy się wykonuje utwór wirtuozowski czy porywające sonaty, trzeba pamiętać o pokorze dla muzyki. 

Zgadzam się, ale Pani Danczowska chce zawsze wydobyć z nas tę werwę, żeby muzyka porywała, żeby przemawiała do samego serca. W muzyce nie chodzi tylko o to,  aby było czysto i równo. Pani Danczowskiej zależy, żeby przede wszystkim było „wystrzałowo”, żeby każde wykonanie było niezapomniane. Nieraz mówiła mi, że gdy gram z orkiestrą powinnam zostawić za sobą niepewność i pokorę. W orkiestrze muszę przewodzić, muszę jąpoprowadzić  i zainspirować. Podobnie, jak ona powinna zainspirować mnie.

Jak najbardziej lubisz koncertować? Solo, z fortepianem czy z orkiestrą? 

Wydaje mi się, że wszystkiego trzeba próbować. Jeśli ktoś gra tylko koncerty z orkiestrą, to może zacząć forsować dźwięk, grać zbyt siłowo. Może nie sprawdzić się w sali kameralnej. Z drugiej strony, jeśli ktoś gra tylko recitale w małych salach, to będzie stresował się występem z orkiestrą. Ja cieszę się, że mam różne propozycje.

Czy w najbliższych planach masz koncerty z orkiestrą?

Tak. W sierpniu będę grać w Warszawie, na Festiwalu „Chopin i jego Europa”. To jedna z największych propozycji. Zagram Koncert d-moll Wieniawskiego, potem we wrześniu ruszam z I Koncertem Szymanowskiego. Następnie Karłowicz, Prokofiew, więc obficie. Muszę to bardzo dobrze rozplanować. To jest problem. Gdy przychodzi tyle propozycji koncertowych, a wcześniej ich nie było, to chce się przyjąć wszystkie, bez żadnych zastrzeżeń. Można się samemu zapętlić, bo ma się za dużo na głowie.

Będziesz robić cztery koncerty naraz. Jak to jest fizycznie możliwe?

Nie wiem, bo jeszcze nie zrobiłam. Porozmawiamy za rok.

Czy obok koncertów, masz jakieś plany konkursowe w najbliższym czasie?

Tak. Wieniawski to nie koniec mojej drogi. To, że mam koncerty teraz, nie znaczy, że będę mieć je jutro. Zdecydowanie wybieram się na większy konkurs. Muszę jednak odpocząć po Wieniawskim. W zeszłym roku nie miałam wakacji. Zaliczyłam dwa kursy, a potem dowiedziałam się, że mam Konkurs. To ciągnie się za mną. Odkłada się w zmęczeniu, w niewyspaniu.

Czy bardzo różni się Twoje nastawienie pomiędzy graniem na konkursie a na koncercie? Jaka jest różnica?

Jest znaczna . Na konkursie jest presja. Pamięć o tym, że wszystko musi być idealne i z porywającą interpretacją, jednak trochę paraliżuje. Docelowo chciałoby się zagrać na konkursie tak jak na koncercie, bo to są najlepsze występy, ale do tego trzeba pewnej dojrzałości. Na koncertach daję z siebie wszystko, a jeśli tego nie zrobię, to mam poczucie, że oszukuję publiczność. Ludzie klaszczą, cieszą się, choć wiem, że mogłam dać z siebie więcej.

To świadczy o Twoim szacunku dla słuchacza. Odbiorca  tak naprawdę też jest współtwórcą koncertu. 

Masz rację. Co ciekawe, to się odbiera i czuje, w jaki sposób publiczność słucha: czy kaszle, czy szeleści papierkami, czy ktoś wychodzi w trakcie koncertu. Ale gdy np. jest zupełna cisza w trakcie pauzy generalnej, to niesamowicie buduje napięcie. Reakcja publiczności też wpływa na wykonanie. 

Czym jest dla Ciebie wyróżnienie Paszportami Polityki?

Przede wszystkim byłam ogromnie zaskoczona tym wyróżnieniem i cieszę się z niego, bo jest to nagroda przyznawana w różnych kategoriach. Dzięki temu dowiadujemy się o sobie nawzajem. Poznałam osoby nagrodzone w dziedzinie muzyki popularnej, teatru czy filmu. To mi również przyniosło kilka koncertów. 

Kiedy zatem będziemy mogli Cię usłyszeć w rodzinnej Warszawie?

Zagram Sonatę Brahmsa 23 czerwca, w sali koncertowej Sinfonii Varsovii. Myślę, że dla tej Sonaty będzie to lepszy termin, bo przez miesiąc zdąży się uleżeć i dojrzeć. Serdecznie zapraszam. 

Rozmowę przeprowadził Damian Kułakowski

Aleksandra Kuls pochodzi z Warszawy, w Krakowie studiuje  pod kierunkiem Kai Danczowskiej. Była uczestniczką III etapu XIV Konkursu im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu i laureatką Paszportu Polityki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.