Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Warszawska Jesień w sosie słodko-kwaśnym

Grzegorz Dąbrowski Grzegorz Dąbrowski

Rozpoczęła się Warszawska Jesień. Jej 56 już edycja prowokować może co bardziej radykalnych słuchaczy do stwierdzenia, że festiwal ten to już konserwa, jednak wciąż wydarzenie to jest oknem na świat muzyki współczesnej (z tym, że na szczęście jednym z wielu zwróconych w różne strony świata).

Inauguracja, zgodnie z tradycją, obfitowała w utwory napisane na skład symfoniczny i rozpoczęła się dobrze zapowiadającym się utworem czeskiego kompozytora Ondřeja Adámka Polednice na chór i orkiestrę. Z oczekiwań pozostało jednak wspomnienie, kompozycja ta, oparta na przejmującym wierszu Karela Jaromíra Erbena bardziej przypominała przedstawienie dźwiękowe niż utwór muzyczny. Przerysowane i nazbyt ilustracyjne efekty budziły politowanie (dość przypomnieć wznoszące glissando smyczków, które symbolizowały skrzypienie otwieranych drzwi, czy tłuczenie w przedmioty kuchenne obrazujące… przedmioty kuchenne). Za dużo było wszystkiego: począwszy od obsady po tkankę brzmieniową, której jednak muszę oddać częściową sprawiedliwość. Miejscami była naprawdę intrygująca. Niestety, jako całość – raczej naiwna. Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach pod dyrekcją jej nowego szefa Alexandra Liebreicha towarzyszył Chór Polskiego Radia.

Po tym niezbyt udanym wstępie przyszedł czas na dzieło głównego reprezentanta muzyki spektralnej, Tristana Muraila. Winny jestem w tym miejscu drobną notkę na temat samej muzyki spektralnej, nurtu w muzyce opierającego się na badaniach i analizie właściwości fizycznych dźwięku. Definicja ta, jak każda dotycząca sztuki, wypacza po części rzeczywiste znaczenie definiowanego. Zwraca uwagę na aspekt techniczny, nie uwzględniając kryjącego się w spektrach harmonicznych piękna. Koncert fortepianowy Muraila, choć nie posiadający takiej mnogości technik spektralnych, zaintrygował mnie wyczuleniem na barwę, miejscami ścianą dźwięku, a ponadto swoistą kameralnością brzmienia orkiestry symfonicznej. I choć czas trwania koncertu chętnie bym skondensował, to jednak wyniosłem zeń pozytywne wrażenia. Partię solową wykonał Hidéki Nagano, świetny pianista, członek Ensemble Intercontemporain.

Po przerwie dałem się zauroczyć niezwykłemu brzmieniu harmonijki ustnej shēng w koncercie Huanga Ruo na ten instrument i orkiestrę kameralną. Chińskiemu kompozytorowi udało się połączyć dwie tradycje, europejską i dalekowschodnią, tworząc melanż interesujący, miejscami zaskakujący, choć ciążący raczej w stronę wschodu (czego najbardziej dosłowny wyraz dała finałowa trzecia część). Sam kompozytor wspomniał, że starał się dostosować inaczej brzmiące i modulujące światy muzyczne między innymi przestrojeniem zarówno instrumentów europejskich, jak i azjatyckich. Tym sposobem dotarł do interkontynentalnej mikrotonowej unii. Koncert nosił tytuł The color of Yellow. Kompozytor tak tłumaczył pochodzenie tego tytułu: Kolor żółty „oznacza bramę, ukryte wnętrze, wiele ścieżek, które mogą prowadzić w zupełnie różne strony. Podjąć tę podróż można jednak tylko przechodząc przez tę bramę. W utworze symbolizuje ją szeng. (…) Żółty to kolor skóry, żółtej ziemi, Rzeki Żółtej oraz Góry Żółtej. Utwór ten stanowi echo, wyraża teraźniejszość i przepowiada przyszłość”. Wielkie wyrazy uznania należą się także mistrzowi gry na szeng Wu Wei’owi (trzeba bowiem pamiętać, że współczesny instrument zbudowany jest z 37 bambusowych piszczałek obejmujących cztery pełne oktawy, łącznie z dźwiękami chromatycznymi), który porwał mnie swoją energiczną i pełną dzikości grą.

Koncert zakończył się jednym z najsłynniejszych dzieł jednego z ojców założycieli Warszawskiej Jesieni, Freskami symfonicznymi Kazimierza Serockiego. Utwór to o potężnym aparacie wykonawczym, z bardzo rozbudowaną sekcją dętą i perkusyjną (m.in. sześć rogów, cztery trąbki, ponad sześćdziesiąt instrumentów perkusyjnych). Choć sam kompozytor twierdził, że tytuł jego dzieła z malarstwem nie ma nic wspólnego, to jednak pewnych analogii przez lata się w nim doszukiwano. Także samo słowo „fresk” (jak pisze Iwona Lindstedt w programie koncertu) oznacza w wielu językach coś świeżego i nowego, a takie właśnie w 1964 roku dzieło Serockiego było.

Koncert inaugurujący 56. Warszawską Jesień należy do udanych i barwnych (choć w większości opartych na składzie instrumentalnym, od którego współcześnie się odchodzi). Szkoda tylko, że połowa foteli Sali Koncertowej Filharmonii Narodowej świeciła pustkami…

 

Grzegorz Dąbrowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.