Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Wariacja na temat muzyki dawnej, czyli duet Masecki&Pokrzywiński

asd asd

Kiedy dowiedziałam się, że wraz z klasą pójdziemy na koncert muzyki dawnej, przemknęli mi przez myśl starsi panowie w rajtuzach i białych, upudrowanych perukach, trzymający głowy wysoko i sztywno. Tymczasem na scenie zobaczyłam dwóch młodych mężczyzn, wyglądających raczej na hipsterów niż wykonawców muzyki dawnej. Byli nimi pianista – Marcin Masecki i wiolonczelista Tomasz Pokrzywiński. Po przeczytaniu folderu, który otrzymał każdy z uczestników koncertu, dowiedziałam się, że mam do czynienia z bardzo uznanymi artystami. 

Na wstępie, panowie uraczyli nas Sonatą D-dur Beethoven na fortepian i wiolonczelę op.102, część Allegro con brio. Był to koncert nie tylko dla uszu, ale też dla oczu, ponieważ scena, wraz z artystami i ich instrumentami, stała się instalacją.

Pierwszą rzeczą, jaka rzucała się w oczy, było pianino. Instrument bowiem prezentował nam swoje wnętrzności. Nie posiadał klapy, dzięki czemu przyciągał uwagę. Marcin Masecki kupił je na pchlim targu w Niemczech za 300 euro (śmieszne pieniądze, jak za pianino), i przerobił tak, by było lżejsze i miało efekt otwartej klapy fortepianu. Odtąd wozi je ze sobą. 

Wiolonczela też nie była kompletna – nie miała nóżki! Jak się później dowiedzieliśmy, nie było to wynikiem upodobania muzyków do okaleczonych instrumentów. Viola da gamba, renesansowa i barokowa siostra współczesnej wiolonczeli, po prostu oryginalnie nie posiadała nóżki.

Przy kolejnych utworach, tym razem Bacha, na violę da gambę i klawesyn (instrumenty z epoki), mogliśmy zauważyć, że nasza instalacja nabiera wyrazu. Pianista popija herbatkę w trakcie gry, po czym zdejmuje żółty sweterek i odrzuca go na bok. Jedną ręką akompaniuje, drugą szuka po podłodze następnej kartki nut, a jego prawa noga merda sobie wesoło w takt.

Muzycy oddziaływali nie tylko na zmysły słuchaczy, ale też odwoływali się do ich wiedzy o muzyce klasycznej. Czwarty utwór zapowiedzieli jako muzykę „rudego księdza”, co dla wtajemniczonych oznaczało Sonatę wiolonczelową a-moll Vivaldiego, z racji tego, że Antonio Vivaldi był księdzem o włosach rudych jak ogon baśki. Artyści zagrali jeszcze Sonatę G-dur oraz „Agnus Dei” Bacha.

Po koncercie, w ramach warsztatów dziennikarskich, widownia mogła zadać artystom kilka pytań, z czego chętnie korzystała. Muzycy okazali się być piekielnie zdolnymi chłopakami z sąsiedztwa. Swoim występem, panowie skutecznie przekonali nas do słuchania muzyki klasycznej i poszerzania wiedzy na jej temat. Trudno było znaleźć na sali jej dobrowolnych przeciwników.

Duet Masecki&Pokrzywiński są w moich oczach swoistą wariacją na temat muzyki dawnej. Jest w tym nutka cyganerii i cała gama talentów (nie tylko muzycznych). Panowie dosłownie oczarowali widownię. Mam nadzieję że moje pierwsze spotkanie z tym duetem nie okaże się ostatnim. 

 

Dominika Kowalska

Recenzja koncertu Masecki&Pokrzywiński 3 kwietnia 2012 r. w Płocku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.