Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Wanda Wiłkomirska – geniusz skrzypiec

asd asd

wilkomirska2

 

 

1.

Niedawno jeden z dziennikarzy radiowej „Dwójki” zwrócił uwagę na to, że od pewnego czasu mamy do czynienia ze zjawiskiem „rocznicomanii”. Obchodzimy rocznice wszystkiego co się da: urodzin, śmierci, odkrycia czy wynalezienia czegoś. Rocznice urastają do rangi zjawiska społecznego. 

11 stycznia był dla mnie wyjątkową datą – tego dnia 85. urodziny obchodziła Wanda Wiłkomirska. Największa polska skrzypaczka II połowy XX wieku, wielka propagatorka muzyki Szymanowskiego, niezmiernie barwna postać. Jej artystyczne życie przebiegało pod znakiem wiecznej podróży, doświadczyła II wojny światowej, brała udział w powstaniu warszawskim, następnie stała się niejako ikoną kultury wysokiej w Polsce Ludowej, a jednak na znak protestu przeciwko komunistycznemu systemowi emigrować na stałe w dowód sprzeciwu dla ustroju. Cały jednak czas towarzyszyły jej skrzypce, które traktowała jak „życiowego partnera”, jak sama stwierdziła w filmie Ja wam to zagram (reż. Maciej Białobrzeski i Christine Jezior). 

 

2.

Miłość do skrzypiec rosła w Wandzie Wiłkomirskiej od najmłodszych lat, pielęgnowana przez ojca, Alfreda Wiłkomirskiego, również skrzypka, wykładowcę Konserwatorium Muzycznego w Łodzi. Była to pielęgnacja czasem rygorystyczna, dla której czułą przeciwwagą była matka. Od najmłodszych lat Wiłkomirska dawała koncerty, muzykując z siostrą Marią, pianistką. Widząc niespotykany talent córki, Alfred wystarał się o indywidualne nauczanie. 

Lata wojny upłynęły dla rodziny Wiłkomirskich pod znakiem przeprowadzki do Łodzi i strachu przed prześladowaniami Żydów (matka Wiłkomirskiej, Debora Temkin, była Żydówką, co było skrzętnie ukrywano przed dziećmi). Dla nastoletniej Wandy był to także czas czas służby w harcerstwie. 

W dwa lata po wojnie ukończyła łódzką Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną w klasie Ireny Dubiskiej. Profesor Dubiska była zapewne dla młodej Wiłkomirskiej wielkim autorytetem i wywarła duży wpływ na jej osobowość artystyczną. Dubiska miała w swym repertuarze wszystkie utwory skrzypcowe Karola Szymanowskiego, z którym je razem grywała w Wilnie w 1927 r. Być może to właśnie ona zaszczepiła w Wandzie miłość i pasję do impresjonistycznej twórczości Szymanowskiego. 

Następnym etapem rozwoju skrzypaczki były studia w Budapeszcie w Konserwatorium im. Franciszka Liszta w klasie Ede Zathureczky’ego oraz nauka pod kierunkiem najwybitniejszych skrzypków: Eugenii Umińskiej i Tadeusza Wrońskiego w Warszawie, u Henryka Szerynga w Paryżu. 

Już za młodzieńczych lat Wandy Wiłkomirskiej widać było jasno, że podróż była jakby wpisana w karty jej życia. Był to zaledwie przedsmak tego, co czekało ją po zdobyciu II nagrody w Konkursie Wieniawskiego w 1952 r. (I nagroda przypadła wówczas Igorowi Ojstrachowi) oraz po sukcesach na konkursach w Genewie, Budapeszcie i Bachowskim Konkursie w Lipsku. Drzwi do kariery stały otworem. Wanda Wiłkormirska została solistką Filharmonii Narodowej, z którą współpracowała przez 22 lata, dając szereg koncertów na całym świecie. Szczególnie miło wspomina koncert w Carnegie Hall w Nowym Jorku podczas tournee po Stanach Zjednoczonych, kiedy na widowni słuchał jej Artur Rubinstein. Zachwycony interpretacją I Koncertu skrzypcowego Szymanowskiego podszedł do solistki i gratulował, powołując się na to, co powiedział Sol Hurok, jeden z najbardziej znaczących impresariów tamtych czasów. „To będzie kontrakt” – miał powiedzieć król impresariów. Warto wspomnieć, że sam Artur Rubinstein był reprezentowany przez Huroka, a wśród jego „klientów” znalazł się m.in. Dawid Ojstrach, Isaac Stern, Mścisław Rostropowicz i Andrzej Czajkowski.

I tak kariera Wandy Wiłkomirskiej rozpostarła skrzydła na dobre, nadal jednak pozostawała czołową skrzypaczką Polski Ludowej. Wpływ na jej poglądy miał z pewnością jej przyszły mąż, Mieczysław Rakowski, komunistyczny działacz i dziennikarz, redaktor naczelny tygodnika „Polityka”, później zaś ostatni I sekretarz KC PZPR i premier Polski w latach 1988-1989. Długo wierzyła w ideały komunistyczne, aby w roku 1981, po wybuchu stany wojennego opuścić kraj. Choć miała z Rakowskim dwójkę dzieci, jej narastający sprzeciw wobec systemu doprowadził do rozpadu małżeństwa i rozwodu. Sytuacji rodzinnej nie sprzyjały trasy koncertowe, które, choć zapewniały rodzinie byt, osłabiały wspólne więzy. Wiłkormirska obliczyła, że któregoś roku spędziła w domu zaledwie trzy miesiące, reszta czasu przypadła na liczne podróże koncertowe.

3.

Inaugurowała koncerty w Barbican Hall w Londynie, sezon w nowojorskim Lincoln Centre w roku 1977, dała pierwszy koncert w Operze w Sydney wraz z Sydney Symphony Orchestra. Wśród dyrygentów z jakimi współpracowała znalazły się takie sławy, jak Otto Klemperer, sir John Barbirolli, Kurt Masur, Wolfgang Sawallisch, Zubin Mehta, Leonard Bernstein. Szczególnie bliska przyjaźń łączyła ją z Kurtem Masurem. Kiedy zaczął współpracę z Wandą, miał on ok. 30 lat i nie czuł się jeszcze w pełni doświadczony, dlatego wiele się od skrzypaczki nauczył. Sama artystka twierdzi, że z Masurem wytworzyła się bliska więź i chętnie z nim współpracowała.  Jeśli chodzi o Kurta Masura we wspomnianym już filmie stwierdza on, że po prostu „Wandę kocha”.

Wanda Wiłkomirska znana była z tego, że lubiła stawiać na swoim, a jej grę, obok bezbłędnej techniki, charakteryzowała niewzruszona wiara we własne przekonania oraz szczerość. Jak mówi Jerzy Maksymiuk, „była zawsze jedna Wanda”. Nie było Wandy-udawanej. Dlatego też praca z artystami kalibru Barbirollego czy Bernsteina nie była łatwa. O ile jednak spór interpretacyjny z Barbirollim przerodził się we wzajemną sympatię, o tyle dyskusja na temat tempa Koncertu Czajkowskiego z Leonardem Bernsteinem zakończyła się zerwanie współpracy. Skrzypaczka zapytała dyrygenta, czy tempo nie było za szybkie, na co Bernstein zdziwiony odparł: „Dla ciebie za szybkie”. Na to Wiłkomirska odpowiedziała: „Nie dla mnie, dla muzyki”. Maestro był wyraźnie wstrząśnięty taką, w jego mniemaniu, pretensjonalnością. Później Wanda usłyszała, że w ten sposób nie mówi się do maestro Leonarda Bernsteina. Już więcej nie musiała.

Spośród dyrygentów najbliższy był jej Witold Rowicki. Z nim Wiłkomirska zagrała najwięcej koncertów, szczególnie za granicą. On umiał rozpalać w orkiestrze chęć do kreacji na nowo dzieła, niezależnie od nieprzespanych nocy, w często ciężkich warunkach (fundusze przeznaczane na wyjazdy na Zachód były relatywnie niskie, zwłaszcza biorąc pod uwagę kurs dolara). Być może fakt, że sam Rowicki grał wcześniej na skrzypcach i był nawet wykładowcą skrzypiec w krakowskiej uczelni spowodował, że między Wiłkomirską a nim zakiełkowała przyjaźń, która trwała aż do śmierci dyrygenta w 1989 r. 

Witold Rowicki był wielkim propagatorem muzyki polskiej, podobnie jak słynna skrzypaczka. Po rozgłosie, jaki towarzyszył jej zwycięstwom na konkursach skrzypcowych, szereg kompozytorów powierzało jej prawykonania swych utworów: Grażyna Bacewicz (Koncert skrzypcowy V i VII), Capriccio Pendereckiego, a także koncerty skrzypcowe Bargielskiego, Bujarskiego, Kotońskiego, Blocha. Do ważnych wydarzeń kulturalnych, ale też o wymiarze symbolicznym, należy wykonanie Koncertu skrzypcowego Andrzeja Panufnika w roku 1990 na Warszawskiej Jesieni. Koncert odbył się w obecności kompozytora, który pierwszy raz od 1954 przyjechał do Polski. Znamiennym jest fakt, że głównymi postaciami koncertu było dwoje artystów stale mieszkających na emigracji z powodów politycznych, u Panufnika mających wymiar represji czy wręcz nagonki na jego twórczość. Koncert był niejako symbolicznym zrehabilitowaniem twórczości Andrzej Panufnika, a ze strony Wandy Wiłkomirskiej hołdem oddanym jego muzyce i być może szczęściem z powrotu do kraju. 

 

4.

Inną gałąź działalności Wandy Wiłkomirskiej stanowi pedagogika. Z początku skrzypaczka zapierała się, że nie będzie uczyć. Kariera stała przed nią otworem, więc nie musiał o tym myśleć. Po wyjeździe z Polski, w roku 1983 rozpoczęła jednak nauczanie w Hochschule für Musik Mannheim-Heidelberg, którą kontynuowała do 1999, a obecnie wykłada w Sydney Conservatory of Music. Nauczanie sprawia wielką radość Wandzie. Jest szczególnie zadowolona, gdy jej staraniem nawet mniej zdolni uczniowie robią postępy. Ograniczenie działalności koncertowej nadrabia licznymi kursami mistrzowskimi m.in. w Polsce (Jadwisin, Gdańsk), a także w Niemczech, Japonii, Austrii. Dla Polski to wielka strata (i hańba), że tak znakomita skrzypaczka nie doczekała się zaproszenia na żadną z wyższych uczelni muzycznych. A przecież nie tylko Kurt Masur ją kocha. My wszyscy muzycy też. 

100 LAT, WANDO!!!!! 

 

Damian Kułakowski 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.