Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

W WOKu zaczynamy rok od baroku

Magdalena Białecka Magdalena Białecka

Opera Narodowa czeka na rozpoczęcie sezonu 1 października, Filharmonia Narodowa przygotowuje się do Warszawskiej Jesieni, a tymczasem Warszawska Opera Kameralna rozpoczyna swój sezon artystyczny. Jako koncert inauguracyjny przygotowała wznowienie opery Imeneo Georga Friedricha Haendla, której prapremiera odbyła się w roku 1998 w reżyserii Ryszarda Peryta.

Imeneo to jedna z mniej znanych z czterdziestu dziewięciu oper Haendla. Pozwolę sobie wyrazić opinię, że nie bez powodu nie cieszy się zbyt dużą popularnością. Utwór niczym mnie nie zaciekawił. Zręcznie skomponowany tercet, kilka chwytliwych arii i chórów to jedyne, co przyciągało uwagę. Jednakże od ponad trzygodzinnej opery można wymagać czegoś więcej niż paru udanych numerów. Miałam wrażenie, że muzyka istniała gdzieś obok tekstu. Słowo nie pociągało za sobą kierunku melodii czy nawet nastroju całości. Jak gdyby do skomponowanej na inną okoliczność muzyki dołożono po prostu przypadkowy tekst. The worst of all Handel’s compositions – wyraził swoją opinię o Imeneo Charles Jennens. Przychylam się do niej.

Może jednak zbyt surowo oceniam kompozytora. Może libretto nie było dla niego dość inspirujące. Natchnienie przychodzi szybko, gdy piszemy o pięknych sercach, wrażliwych duszach, zwycięskiej miłości. Morał Imenea z odmiennego był jednak świata wartości. Wychwalał związek z rozsądku, stawiał obowiązek wdzięczności ponad wierną, bezinteresowną miłością. Protagonistą uczynił librecista mężczyznę uzurpującego sobie prawo do ręki kobiety przez prezentację swojej siły. Uczucie zostało przedstawione jako nie dość, że niszczące, to nieomal występne. Polityka, prestiż, reputacja – oto, w imię czego warto zagłuszyć głos serca (zgodnie z przesłaniem opery).

Opera jako utwór nie wzbudziła we mnie pozytywnych odczuć. Nie mogę jednak powiedzieć tego o jej wykonaniu. Reżyserowi Ryszardowi Perytowi udało się nieco złagodzić zimny, jednoznaczny przekaz utworu. Bardzo proste z pozoru zabiegi wystarczyły, by stworzyć wrażenie niedomówienia i postawić parę znaków zapytania. Szczególnie podobał mi się ruch sceniczny postaci nie mających w danym momencie nic do śpiewania. Scenografia Andrzeja Sadowskiego ujmowała gustowną prostotą. Kostiumy również, a do tego wyglądały jak z epoki: ni to barokowe, ni to antyczne, tak jak to było za czasów Haendla.

Chodzi jednak przecież o muzykę. Jako soliści wystąpili: Wojciech Gierlach (Imeneo), Jan Jakub Monowid (Tirinto), Olga Pasiecznik (Rosmene), Marta Boberska (Clomiri), Andrzej Klimczak (Argenio). Pełen ekspresji bas Gierlacha dobrze sprawdził się w partii Imenea, zaciekle dążącego do zwycięstwa, ufnego we własne siły, ale i pełnego gorących uczuć. Słodki zaś i głęboki, ruchliwy sopran Olgi Pasiecznik wykreował Rosmene, która, postawiona wbrew swej woli w samym centrum sporu, przeżywała wewnętrzne rozdarcie, musząc wybierać między dwiema równorzędnymi wartościami. W porównaniu do nich Tirinto, Clomiri i Argenio, choć pięknogłosi, zdawali się charakterologicznie jednowymiarowi.

Akompaniament orkiestry był dyskretny, nieraz ograniczany do jednego tylko głosu. Na pierwszy plan wysuwały się fantazyjne klawesynowe arpeggia w wykonaniu Władysława Kłosiewicza, który od klawiatury dyrygował operą. Chętniej jednak posłuchałabym Musicae Antiquae Collegium Varsoviense (swoją drogą, jest to jeden z pierwszych zespołów muzyki dawnej w Polsce) w ciekawszym repertuarze. Może wtedy bardziej rozwinęliby skrzydła. W Imeneo czegoś mi w ich grze brakowało.

 

Magdalena Białecka

Warszawska Opera Kameralna, koncert 14 IX 2013 r. w godz. 19.

Zdjęcia: Jarosław Budzyński.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.