Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Amandine Beyer: W muzyce Bacha szukam radości

asd asd

 

Damian Kułakowski: Kiedy zaczęła się pani przygoda z muzyką?

Amandine Beyer: W wieku czterech lat zaczęłam grać na flecie, a trzy lata później pojawiły się skrzypce. Muzykę wymyślili moi rodzice. Tata grał amatorsko na gitarze, a mama uczyła się gry na pianinie. Nie została muzykiem, tylko nauczycielem fizyki i chemii, jednak miłość do muzyki pozostała. Od najmłodszych lata słuchałam pianina, na którym grywała moja starsza siostra. Potem poszłam na kurs muzyczny na dla małych dzieci, z fletem i aktywnymi metodami umuzykalniającymi. Nauczyciel powiedział mojej mamie, że mam dobry słuch i powinnam grać na skrzypcach. Tak się zaczęło. Miałam wspaniałych nauczycieli od samego początku, a potem podczas studiów u Chiary Bianchini. 

Wtedy właśnie zainteresowała się pani muzyką barokową? 

Zdecydowanie tak, choć już jako dziecko grałam na flecie głównie barokowe utwory: Corellego, Telemanna. Ale to nie miało nic wspólnego z historycznym stylem wykonawczym. Dopiero w Schola Cantorum Basiliensis odkryłam, że mogę grać na skrzypcach w inny sposób, innym smyczkiem, na innych strunach. To był wspaniały czas nauki.

Jest pani zwyciężczynią wielu konkursów, m. in.  Rovereto Competition, Antonio Vivaldi Baroque Violin Competition. To był początek pani kariery? 

Byłam bardzo szczęśliwa z powodu tych sukcesów, choć nie jestem zwolenniczką konkursów. Ale był to dobry sposób, aby poznać nowych ludzi, nauczyć się czegoś nowego. W Rovereto poznałam ludzi, z którymi nagrałam swoją pierwszą płytę. Na konkursie Vivaldiego jurorami byli Enrico Gatti, Giuliano Carmignola. To siłą rzeczy było dla mnie wielkim przeżyciem.  

Czy mogłaby pani wskazać osoby, które miały największy wpływ na pani artystyczny rozwój?

Myślę, że jest to przede wszystkim moja pierwsza nauczycielka. Uczyła mnie rzeczywiście dobrze i zaszczepiła we mnie pasję. Pod kierunkiem Chiary Bianchini w Bazylei nie uczyłam się długo, bo tylko cztery lata. To był jednak nowy i bardzo ważny etap w moim życiu. Także moja siostra, Laurence, była dla mnie ważna, ponieważ dużo grałyśmy razem. I nadal gramy razem, choć mniej, odkąd zaczęłam angażować się w muzykę dawną. 

W pani nagraniach koncertów Bacha jest dużo z ducha minionych wieków. Jak przygotowuje się pani do tak fascynujących interpretacji muzyki barokowej? 

To zależy od tego nad jakimi kompozycjami pracuję. Biorę partyturę, słucham nagrań, konsultuję się. Potem oczywiście ćwiczę, wczuwam się w melodykę. Staram się znaleźć własny sposób grania i znaleźć w nim przyjemność. Skrzypce w baroku były bardzo ważnym instrumentem. Towarzyszyły tańcom, zabawom, umilały ludziom czas. Myślę, że w tym tkwi sedno, ale już w Bachu sprawa się komplikuje. Jego muzyka jest niesamowicie kompletna. Bach nie miał jednej wizji muzyki. Widział w niej nie tylko taneczną i radosną melodię, ale też treści pełne religii i odniesień do Boga. Mimo to, nie myślę o jego muzyce tylko w takich kategoriach. Szukam w niej radości, nie pomijając głębi intelektualnej. Czasami wyobrażam sobie, że podróżuję w czasie i że jak medium jestem w kontakcie z kompozytorem. W pracy nad interpretacją dużo zależy też od zespołu. W zespole Gli Incogniti dużo dyskutujemy, tworzą go osobowości i każdy preferuje trochę inne rozwiązania. Ja np. bardzo lubię Corellego i często dyskutujemy z moim przyjacielem, który nie przepada za jego kompozycjami. Teraz będziemy nagrywać Concerti Grossi Corellego i gdy sprzeczamy się o coś, on mówi: „To twoja płyta”, a ja na to: „O nie, to jest nasza płyta” (śmiech). 

Czy zatem ważniejsza jest dla pani intuicja muzyczna czy raczej merytoryczne przygotowanie do pracy nad utworem np. informacje historyczne o kompozytorze?

Kieruję się intuicją. Wyobrażam sobie kształt utworu, który staram się zrealizować. Chiara zawsze mówiła, że trzeba znaleźć emocje, coś co muzyka chce nam przekazać. To nie jest wcale takie oczywiste. Zanim podjęłam studia w Schola Cantorum Basiliensis, zdarzało się, że muzyka nie przemawiała do mnie. W mojej grze było dużo niepewności, ponieważ chciałam coś zrobić, ale nie wiedziałam jak. W muzyce barokowej mamy wiele możliwości prowadzenia frazy. Możemy mówić o czasie, o rubacie, o harmonii, jedności zespołowej lub jej braku, o tonalności. Każdy z tych elementów trzeba uchwycić. 

Podążam za intuicją, ale jestem świadoma tła historycznego. Np. gdy gram utwory Nicoli Matteisa mam w pamięci, że był świadomym własnej wartości skrzypkiem, komponującym na swoje potrzeby brawurowe dzieła, a jednak drogę z Neapolu do Londynu przebył skromnie pieszo. Musiała to być wielka wyprawa. Gdy zaś gram Buxtehudego, przenoszę się do północnych Niemiec w „klimaty” muzyki kościelnej. Dietrich Buxtehude musiał być człowiekiem wrażliwym. Czuję to, grając jego utwory, ale też słuchając jego utworów organowych, szczególnie preludiów. Był on najlepszym organistą przed Bachem, ale jakże różnym od niego. Odnajduję w nim wiele romantyzmu.

Dla organizatorów warszawskiego cyklu Mazovia Goes Baroque najważniejsze jest popularyzowanie nieznanej, wczesnej muzyki. Czy to jest powód, dla którego zdecydowała się pani wykonać mało znane kompozycje Buxtehudego, Purcella i Matteisa?

Tak, choć nazwisko Buxtehudego jest znane, to ludzie nie znają granych przeze mnie kompozycji. Z kolei Matteis jest przyjemny, słucha się go łatwo, ale jego nazwisko nie mówi zbyt wiele. Zainteresowałam się nim w Bazylei, bo nie ma wielu utworów barokowych na skrzypce solo. To jest ograniczony repertuar. Mamy Bacha, Bibera, trochę kaprysów Locatellego, fantazje Telemanna. Odkryłam, że Matteis napisał sporo ładnych utworów na skrzypce solo, np. Passagio Rotto, nad którym pracowałam jako studentka. Oprócz tego lubiłam przeglądać księgi partytur i w nich wynajdywać nowe utwory. 

W jaki zatem sposób wybiera pani repertuar?

W większości przypadków repertuar jest narzucony. Organizatorzy koncertu mówią, co chcą usłyszeć, a my zaczynamy ćwiczyć. Ale jeśli mamy czas pomiędzy sesjami nagraniowymi, lubimy improwizować w kilkuosobowych grupach i często wtedy rodzą się pomysły. Nasz repertuar zależy od wielkości grupy, w jakiej pracujemy. Trudniej jest organizować koncerty z większymi zespołem, ale próbujemy. Robiliśmy to z Bachem, Vivaldim, Corellim. Zazwyczaj jednak nasz repertuar przeznaczony jest na mniejsze składy. Nasze następne nagrania będą również na małą grupę. Wraz z zespołem planujemy nagrania utworów kameralnych Pachelbela.

Mówi pani o Gli Incogniti. 

Przez większość czasu jest nas pięcioro, ale jak już powiedziałam, nie gramy w stałym składzie. Chyba nawet nie chciałabym tego. Mamy dużo koncertów i nie mogłabym zawsze grać w jednym składzie. Chcemy urozmaicać naszą działalność. Bardzo lubię koncerty z nowymi muzykami i innymi zespołami. Myślę, że to bardzo ważne dla muzyka, aby być otwartym na innych ludzi. Jest to szansa do nauczenia się czegoś. Dwa razy w miesiącu spotykamy się z innymi zespołami – mamy próby, czasami koncerty. Zawsze cieszę się na te wspólne spotkania.

W pani zespole są muzycy z Francji, Włoch, Hiszpanii, Kolumbii i Japonii. Czy to ma wpływ na waszą współpracę?

Podstawą jest to, żeby się cieszyć z bycia razem. To podstawowa kwestia. Potem przychodzi muzyka, która jeszcze bardziej nas łączy. Często gram z dwoma Hiszpanami, dwoma Włochami. Jestem jedyną Francuzką. Czasami dochodzi do śmiesznych sytuacji. Moi koledzy z Włoch znają trochę hiszpański i francuski, ale chętniej posługują się włoskim. Opowiadamy sobie czasem dowcipy, których koleżanka z Japonii nie zawsze rozumie. Musimy jej wtedy je tłumaczyć.

Współpracowała pani z tak znanymi muzykami jak Chiara Bianchni i Giuliano Carmignola. Jak to pani wspomina?

Praca z Chiarą była fantastyczna, ponieważ jest ona niesamowicie żywiołowa, surowa, czasem więc ostra, ale pełna entuzjazmu do muzyki. Zawsze lubiłam grać z nią, bo emanowała z niej energia. Teraz przestała uczyć. Daje mnóstwo koncertów, pracuje nad wieloma projektami. Jest naprawdę wielką postacią. Dzięki niej poznałam również Carmignolę. Chiara zaprosiła go do grania w swoim zespole Ensemble 415. To było fantastyczne doświadczenie. Pracowaliśmy nad koncertem Locatellego, a potem nad Mozartem. Carmignola  to wielki muzyk. Jeszcze nic nie nagrywaliśmy wspólnie, choć  grywamy razem na koncertach. Pamiętam szczególnie próbę generalną przed koncertem w Genewie. Grał wówczas V Koncert skrzypcowy Mozarta. To było niesamowite. Jego gra zapierała dech w piersiach. Tworzył właściwie muzyczny sen. Praca z nim to przyjemność.

Obecnie obserwujemy renesans dawnej muzyki. Na świecie jest wiele zespołów wykonujących tę muzykę. Dlaczego wasze interpretacje są tak rozpoznawalne wśród innych?

Pamiętam, jak chodziłam na koncerty Fabio Biondiego, Chiary Bianchini, znanych śpiewaków i wiolonczelistów. Bardzo lubiłam energię wypływającą z ich gry. Teraz sama chcę nią emanować. Emocje, jakie towarzyszą mi na scenie, są bardzo osobiste. Zawsze staram się trzymać muzykę w rękach i po prostu dawać ją ludziom. To jest chyba najistotniejsze w naszych interpretacjach, ale nie zawsze się sprawdza. Wykonanie zależy od wielu czynników niezależnych od nas. Stan emocjonalny, pogoda czy wiele innych spraw wpływa na to, czy jesteśmy w stanie zrealizować nasze pomysły. Pamiętam pewien koncert 2 lata temu w Warszawie. Wszystko szło dobrze, ale gdy miałam zagrać jakiś utwór Bacha zdarzyło się coś dziwnego. Coś, z czym nie mogłam sobie poradzić. Emocje nie służyły wówczas muzyce. Stojąc na scenie, staram się zapomnieć o ciele, o sobie. Daję się ponieść muzyce. 

Wykłada pani w Bazylei. Nauczanie muzyki dawnej wśród młodych ludzi jest ważne? 

Ucząc młodzież, staram się sprawić, aby rozsmakowała się ona w muzyce, otworzyła się na zrozumienie tej sztuki. Równie dobrą rzeczą jest granie utworów Haydna i granie kompozycji Strawińskiego. Za sto lat o muzyce Strawińskiego również powiemy jako o muzyce dawnej. Sztuka  zmienia się i płynie jak rzeka, jak to ujął Karlheinz Stockhausen w swojej  książce Wie die Zeit vergeht.  

Rozmawiał Damian Kułakowski

Amandine Beyer była gościem jesiennej edycji cyklu Mazovia Goes Baroque, http://www.mazoviabaroque.pl/artysci/amandine-beyer.html

AUTOREM ZDJĘCIA W SLIDERZE JEST CEZARY ZYCH.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.