Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Vive l’Espagne!!! Vive la France!!! Vive la Musique!!!

asd asd

Jesień w Warszawie to dla wielbicieli muzyki gratka: Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”, organizowany przez Związek Kompozytorów Polskich od 57 lat, jest polem konfrontacji nowoczesnych nurtów w muzyce oraz miejscem prezentacji „klasyków” XX-wiecznych, w tym roku Lutosławskiego, Pendereckiego, Góreckiego, których rocznice w tym roku obchodzimy. Oprócz tego od czterech lat, na przełomie września i października, Opera Narodowa w Warszawie zmienia się w wielką scenę, a raczej kilka scen, na których w ciągu trzech dni setki artystów dają po kilkadziesiąt koncertów. 

Tegoroczne Szalone Dni Muzyki z muzyką francuską i hiszpańską w programie ruszyły pełną parą w piątek, 27 września, goszcząc na deskach sceny operowej artystów z Francji, Hiszpanii, Polski. La Folle Journee, festiwal powstały z inicjatywy René Martina już 19 lat temu w Nantes, za sprawą Orkiestry Sinfonii Varsovii zakorzenił się w Polsce chyba już na dobre.

 

1.

Koncert inauguracyjny nie należał do tych z gatunku niezapomnianych, ale podobał się publiczności, która nie pozwoliła muzykom opuścić estrady bez bisu. Na początku usłyszeliśmy trzy utwory Juana Manuela Cañizaresa: Añorando El Presente, El Abismo i Collar de Perlas. Kompozytor był zarazem wykonawcą swych utworów. W kontekście muzyki jaką zaprezentował nie należy się rozwodzić nad frazą, jakością dźwięku czy realizacją wszystkich adnotacji agogicznych i dynamicznych. Ta muzyka ma po prostu porwać, a Cañizares Flamenco Trio osiągnęło ten efekt bez większego problemu. Obok gitarzysty w drugim i trzecim utworze wystąpili tancerze, dodając hiszpańskiego smaczku, rytmicznym klaskaniem (tzw. palmas) uzyskując efekt podobny do dźwięków wydawanych przez kastaniety. 

Po ognistej korridzie jaka rozpętała się na widowni po występie hiszpańskiego tria, swój kunszt dyrygencki zaprezentował maestro Jean-Jacques Kantorow, znany lepiej jako znakomity skrzypek, laureat konkursów skrzypcowych im. Carla Flescha w Londynie i Paganiniego w Genui. Sinfonia Varsovia pod jego batutą wykonała scherzo symfoniczne Uczeń czarnoksiężnika Paula Dukasa. Ten utwór, sztandarowy przykład muzyki programowej, wykonany był z niezrównaną werwą i precyzją. Wszelkie acceleranda brzmiały jakby wykonywał je jeden instrument, smyczki grały czysto nawet w najwyższych rejestrach, utrzymując do tego jedność brzmienia. Najbardziej ucieszyła mnie jednak grupa dęta, która zazwyczaj w orkiestrach jest piętą Achillesową. Tu jednak okazała się prawdziwym atutem, tym bardziej, że ich rola melodyczna w Uczniu jest niebagatelna. 

Duże nadzieje pokładałem w grze Philippe Giusiano i jego interpretacji Koncertu Gdur Ravela. Laureat II miejsca na XIII Konkursie Chopinowskim nie oczarował mnie jednak swym wykonaniem. Wstrzymam się mimo wszystko od krytyki, gdyż dobrze znana jest artystom ciężka akustyka w Teatrze Wielkim, tłumiąca i stwarzająca problemy z kształtowaniem dynamiki. Tej ostatniej właśnie mi zabrakło. Jeśli chodzi jednak o techniczną stronę wykonania, to artysta zdecydowanie dowiódł swych umiejętności. Tak trudne w tym Koncercie repetycje dźwięków Giusino wykonał bardzo dobrze, a tempo części III zapierało dech w piersiach. Moja sceptyczna ocena jest wynikiem ogromnego przywiązania do interpretacji Marthy Argerich, która wyznaczyła swą grą kanon estetyczny tego Koncertu. Poprzeczka postawiona wysoko, a doskonale wiemy, że osiągnąć efekt artykulacyjny Marthy to nie lada wyczyn (o ile nie syzyfowa praca).

Finał koncertu wzbudził emocje równe tym, które towarzyszą hiszpańskim fanom FC Barcelony na stadionie Camp Nou. Utwór Gerónimo Giméneza La Boda de Luis Alonso na orkiestrę i kastaniety znów rozbudził publiczność i atmosferę. Kastaniety w rękach hiszpańskiej artystki, Lucero Teny, w połączeniu z chwytliwymi melodiami o iberyjskiej proweniencji podgrzały w sali atmosferę do temperatury  panującej w Madrycie. To był znów utwór, który broni się sam. Melodyka, wyraziste rytmy, dobra, choć niezbyt oryginalna instrumentacja, stawiają kompozycję  wśród reprezentatywnych  dzieł muzyki hiszpańskiej. 

Bis wisiał w powietrzu, dlatego na zakończenie wybrzmiały co bardziej znane fragmenty z suity z opery Carmen Bizeta, wszystkie przy wtórze kastanietów. Ponieważ festiwal ten jest dla każdego, a nie tylko dla znawców, program był ułożony bardzo dobrze. Była nuta hiszpańska, francuski akcent z muzyką programową, wirtuozeria fortepianowa, a na koniec znów brawura i ognista, południowa krew. To z pewnością zachęci ludzi do przyjścia na kolejne koncerty festiwalowe, by skosztować trochę słońca wprost ze słonecznej Hiszpanii i francuskiej elegancji, wszechobecnej w tamtejszej muzyce.  Vive l’Espagne! Vive la France! Vive la Musique! 

SERWIS SINFONIA VARSOVIA-531

Philippe Giusiano, fot. archiwum Sinfonii Varsovii

 

2.

Szalone Dni Muzyki to nie tylko koncerty. To przede wszystkim atmosfera, która wypełnia gmach Teatru Wielkiego. Na czas festiwalu sale teatru przybrały nazwy Picasso, Proust, Eiffel, Gaudi. Największa sala im. Moniuszki – Balzac – stała się sceną koncertów symfonicznych. Dwa z nich, z udziałem skrzypków, miałem okazję słyszeć. Różniły się one znacznie. Pierwszy z nich w wykonaniu Orkiestry Teatru Wielkiego – Opery Narodowej pod dyrekcją Arie van Beeka, drugi przez Sinfonię Varsovię pod batutą Jean-Jacquesa Kantorowa. Solistką wcześniejszego koncertu była Anna Maria Staśkiewicz, drugiego Augustin Dumay. Niestety, poziom wykonawczy orkiestr był różny. Coś co jednak łączyło oba koncerty to sala wypełniona po brzegi i brawa, którymi widzowie obdarzali artystów pomiędzy częściami utworów cyklicznych. Dla bywalca koncertów może być to irytujące (nie mówiąc o wykonawcach), z drugiej jednak strony świadczy to o tym, że wiele osób z widowni na takich koncertach wcześniej nie było i nie wie, kiedy jest czas na owacje. Festiwal przyciąga symbolicznymi cenami biletów, różnorodnością programu i wspomnianą atmosferą.

Atmosfera pierwszego koncertu była rzeczywiście gorąca. Orkiestra Teatru Wielkiego wykonała na początku  suitę Arlezjankę oraz suitę z opery Carmen Georga Bizeta. O ile Carmen jest publiczności dobrze znana, o tyle Arlezjanka już nie. Warto jednak dodać, że to właśnie ta Suita otworzyła drzwi do kariery i popularności francuskiego kompozytora. Oba dzieła łączy charakterystyczny dla Bizeta śpiewny ton i hiszpańskie rytmy. Orkiestra jednak niezbyt podołała utworom. Zdarzały się błędy intonacyjne w grupie smyczkowej, brak zgrania triol  instrumentów dętych ze skrzypcowym tematem. A ponadto muzyka wcale nie porwała. Broniła się oczywiście sama sobą – wdzięcznością melodii i samym charakterem, jednak orkiestra i dyrygent nie pomagali jej. Wspomnianych emocji dostarczyła jednak Anna Maria Staśkiewicz, laureatka III miejsca na XIII Konkursie im. Wieniawskiego. Jej wykonanie Fantazji na tematy z opery Carmen Pablo de Sarasatego trzymało w napięciu do ostatniej nuty. Było to jednak napięcie pełne niepokoju, a nie poruszające duszę. W grze artystki zdawało się słyszeć niepokój, czego przykładem były sporadyczne usterki intonacyjne i zagnane tempo, szczególnie w kodzie utwory, gdzie spiętrzenie trudności technicznych jest nieprawdopodobne. Sama kompozycja należy do najtrudniejszych w repertuarze skrzypcowym. Wymaga od skrzypka zarówno sprawności technicznej, jak i odpowiedniego  dźwięku, głębokiego, wyrazistego z selektywnym początkiem,  oraz śpiewnego, szczególnie we fragmentach kantylenowych, zaczerpniętych z aktu I. Nie ukrywam, że zdarzały się miejsca, gdzie zastygałem w bezruchu i czekałem na dalszy rozwój „współpracy” orkiestry z solistką. Zgranie wspólnego acceleranda wisiało na włosku. Widać, że skrzypaczkę poniosły emocje, a charakter kompozycji bynajmniej nie sprzyja opanowaniu i utrzymaniu spokoju. 

Drugi koncert zawierał utwory kompozytorów francuskich. Sinfonia Varsovia wykonała na początku Suitę Peleas i Melizanda op. 80. Gabriela Fauré, na podstawie dramatu Maurycego Maeterlincka. Należące do niewielu dzieł czysto instrumentalnych kompozytora, pełne jest wytworności, subtelności i zróżnicowanego kolorytu. Wszystkie te komponenty Sinfonia Varsovia pod Kantorowem zrealizowała bardzo dobrze. Augustin Dumay wykonał Medytacje z opery Thaïs Masseneta. To bardzo popularne wśród skrzypków dzieło oddaje bardzo dobrze inną stronę instrumentu – śpiewność, niezrównane możliwości kształtowania frazy czyli coś, czego inne instrumenty nie osiągają w takim stopniu. Dumay nie poruszył mnie dogłębnie swą interpretacją. Była trochę zbyt dziarska, jakby artysta był myślami już w kolejnym utworze, Poemacie Ernesta Chausson. Interpretacja tej kompozycji zachwyciła mnie z jednej strony tajemniczą barwą, z drugiej zaś pełnią swobody i przestrzeni  w dźwięku. Skrzypek jakby zagłębił się w istotę kompozycji, w której wiele osób doszukuje się fatum końca świata, o którym myśl była żywa w okresie fin de sciécle`u. Mrok, niemal namacalna gęstość brzmienia stały się udziałem nie tylko skrzypka, ale i orkiestry. 

Dla Dumaya nie był to koniec zmagań koncertowych tego wieczoru. Czekał go jeszcze jeden, tym razem kameralny, również z Chaussonem w roli głównej. To chyba dobrze, bo po takiej dawce ciemności, jaką swą muzyką dostarcza francuski kompozytor, ciężko byłoby skrzypkowi przenieść się w wirtuozowski, ale pogodny świat chociażby Sarasatego. 

SERWIS SINFONIA VARSOVIA-455

Anna Maria Staśkiewicz, fot. archiwum Sinfonii Varsovii

 

3.

Ostatni koncert sobotniego wieczoru był koncertem kameralnym, choć tytuł zaprezentowanego przez artystów dzieła z pozoru temu przeczy. Koncert D-dur na skrzypce, fortepian i kwartet smyczkowy Ernesta Chausson z końca XIX w. jest w rzeczywistości czteroczęściowym dziełem z wirtuozowską partią fortepianu i skrzypiec i najczęściej obecnie wykonywanym utworem kameralnym Chaussona. Tego wieczora francuski kompozytor był chyba twórcą numer 1, gdyż wcześniej Augustin Dumay wykonał jego Poemat wraz z Sinfonia Varsovią, czym zaskarbił sobie szacunek i brawa publiczności. Nie jest to wcale tak oczywiste, gdyż muzyka Chaussona wcale nie należy do łatwej w odbiorze, szczególnie gdy w programie figuruje obok Fauré, Bizeta czy Masseneta (u którego pobierał nauki). Twórczość Chaussona wpisuje się w nurt pre-impresjonistyczny, choć rodzaj prowadzenia melodyki, faktura i charakter przywodzą czasem na myśl brzemienia Mahlerowskie czy nawet Straussowskie, z długimi, nierozwiązującymi się akordami. Augustin Dumay, Michel Dalberto (fortepian) i Kwartet Modigliani przedstawili dzieło z ogromnym napięciem. Szczególnie wirtuozowska partia fortepianu, której wykonania na prapremierze pianista odmówił, pod palcami Dalberto zdawała się nie być tak karkołomna i organicznie powiązana z treścią muzyki. Współpraca muzyków również była bardzo dobra, szczególnie kwartetu ze skrzypkiem. Choć rola kwartetu w utworze jest raczej niewielka, to momenty tutti lub wzajemnego dialogu zespół realizował w myśl skrzypka – uzyskując ciemne brzmienie, a wypuszczając na pierwszy plan solistów, wtedy gdy muzyka tego wymagała. Uszy i oczy cieszył jeszcze fakt, że kwartet, pianista i skrzypek tworzyli jednię poprzez wspólne poczucie czasu i podobną wizję tej głębokiej muzyki, mimo że na co dzień nie grywają razem. Często można odnieść wrażenie, że nawet świetni muzycy, którzy spotykają się okazyjnie, by grać kameralistykę, nie potrafią złapać wspólnego oddechu, a wykonanie bardzo dobre technicznie, tchnie pustką. Tego wrażenia jednak nie było i słusznie słuchacze „wymusili” bis. Usłyszeliśmy II część Koncertu, Sicilienne, część najkrótszą  i chyba najprzystępniejszą, bo z wdzięczną melodią, wprowadzaną najpierw przez skrzypce, a potem przez fortepian. 

SERWIS SINFONIA VARSOVIA-334

Kwartet Modigliani, fot. archiwum Sinfonii Varsovii

Zespół słusznie nagrodzony został owacjami na stojąco i oczywiście brawami między częściami, choć te ostatnie nie były już tak pewne i nikle pojawiały się po chwili konsternacji po zakończeniu ustępu. Koncert był bardzo udany, jednak szkoda, że  tego składu nie usłyszymy już na Festiwalu. Byłoby to z resztą trudne, bo nie wiem,  czy oprócz Koncertu Chaussona jest jeszcze utwór na podobną obsadę. 

Damian Kułakowski

Szalone Dni Muzyki w Warszawie, Teatr Wielki – Opera Narodowa, od 27 do 29 września 2013, recenzja wybranych koncertów spośród sześćdziesięciu zaprezentowanych na festiwalu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.