Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Verdi na finał

Grzegorz Dąbrowski Grzegorz Dąbrowski

Tegoroczną edycję Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena zamknęło Requiem Giuseppe Verdiego, a cały wieczór w Filharmonii Narodowej przebiegł w nastroju podniosłości, związanej z zakończeniem prawie dwutygodniowej przygody dla słuchaczy, a dla organizatorów z pewnością dużo dłuższego okresu pracy. Na redakcyjne podsumowanie tego wielkiego, bądź co bądź, wydarzenia jeszcze przyjdzie czas, tymczasem jednak pozwolę sobie zamieścić parę słów o Verdim, jego utworze i wczorajszej interpretacji.

Requiem, które Verdi ukończył w kwietniu 1874 roku, już od prawykonania wywołało duże poruszenie i na wielu estradach Europy przyjmowane było entuzjastycznie. Sam Brahms miał powiedzieć, że „jedynie geniusz mógł napisać to dzieło”. Rzeczywiście, utwór ten nie jest typowy pośród innych mszy żałobnych, pełny teatralnego rozmachu i włoskiego patosu. Każda aria solowa niesie za sobą siłę oddziaływania arii oper seria, a muzyczne opracowanie tekstu w partiach chóralnych jest ni mniej ni więcej, tylko opowieścią, dramatem, któremu brakuje jedynie sceny. Ta oratoryjna forma dzieła, którą współtworzą piękne tematy, z pewnością godne Verdiego – operowego melodysty, wciąga słuchacza w sam środek „akcji”, nie mam zatem wątpliwości i zdziwienia, że Messa da Requiem wywoływała i do dzisiaj wywołuje tak ogromne wrażenie.

Warto wspomnieć, że bodźcem do jej napisania była śmierć poety Alessandro Manzoniego, któremu Msza została poświęcona i której prawykonanie odbyło się równo w rok po jego śmierci. Dla samego Verdiego było to dzieło przełomowe, podsumowujące jego dotychczasową drogę twórczą, ale nieodchodzące od jej stylistyki, mimo niescenicznej formy.

Wczorajsza interpretacja nie pozostawiła złudzeń: jest to dzieło na miarę swoich czasów, potężne i patetyczne. Wykonane było z dużym rozmachem, a słynne Dies irae (tak słynne, że występujące nawet w najnowszym filmie Tarantino), wywołało drżenie podłogi. Krzysztof Penderecki, który poprowadził chór i orkiestrę Filharmonii Narodowej, wyciągnął z wykonawców bardzo wiele i mimo kilku wpadek (rażące fałsze wiolonczel i pierwszych skrzypiec w Offertorium), oceniam ich współpracę bardzo pozytywnie.

Poruszyły mnie także głosy solowe, a największe wrażenie zrobił na mnie wykonujący partię tenoru Gianluca Zampieri, zastępujący niedysponowanego Francesco Demuro. Śpiewał piękną barwą uwypuklając najciekawsze momenty swojej partii i z łatwością płynąc przez niełatwą, trzeba przyznać, melodyczną rzekę. Bardzo przyczynił się do swoistej teatralizacji tej muzyki, czyniąc z aktywnego słuchacza nie tylko odbiorcę, ale współtowarzysza niedoli. Dobrze także sprawił się Nikolay Didenko – bas, szczególnie głęboko zabrzmiało mroczne Mors stupebit. Lekki głos sopranistki, Marii Luigi Borsi, choć nikł czasem w orkiestrowym i chóralnych tutti, był bardzo czarujący. Może nie wykonywała swej partii z taka lekkością, jak Zampieri, za to z dużą gracją i bez przesady. Jeśli miałbym się czepiać, czysto subiektywnie, to chyba mezzosopranu (Tea Demurishvili). Jej głos, niewątpliwie operowo soczysty, rozwibrowany i kanciasty, w dziele takim jak Requiem trochę mi przeszkadzał. Nawet jego sceniczny charakter nie przesłonił mi zbytniej doniosłości i szorstkości jej głosu.

Messa da Requiem Giuseppe Verdiego może niewiele ma z autentycznego bólu i refleksji nad śmiercią, mimo to jednak wywołała w mojej duszy duży zamęt. Tak jak wzruszamy się nieprawdziwą, bo przerysowaną w teatralnych gestach tragedią operowych postaci, tak poruszony byłem teatrem życia i śmierci w dziele Verdiego.

 

Grzegorz Dąbrowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.