Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

To było po prostu dzikie!

Dominika Kowalska Dominika Kowalska

Obserwując internetowe media mam wrażenie, że cała uwaga melomanów skupiła się na Warszawskiej Jesieni, zapominając o La Folle Journee de Varsovie.

Porównywanie tych dwóch festiwali byłoby niedorzeczne, jak porównywanie raka płuc do przeziębienia, jednak ten blog nie jest cenzurowany i nie ma obowiązku bycia logicznym, więc oto kilka porównań:

 

Elementy wspólne:

 Miasto eventu – Warszawa

 Co nieco dla maluchów – Smykofonia/Mała Warszawska Jesień

 

 

Główną różnicą było to, że na Warszawskiej Jesieni mogliśmy usłyszeć muzykę kompozytorów nadal chadzających po ziemskim padole, zaś na Szalonych Dniach Muzyki – utwory kompozytorów nieżyjących. Inną rzeczą jest jednak nowoczesność techniczna tego pierwszego, bogata wizualizacja i elementy performance’u i niezwykła popularność tego drugiego.

 

Jako że całą facebookową tablicę mam ostatnio w Warszawskiej Jesieni, niczego już więcej nie porównuję i przybliżam nieco nasze warszawskie ,,szaleństwo”. 

 

Przyznam, że nigdy bym się nie spodziewała takiego zainteresowania festiwalem muzyki klasycznej. To było po prostu dzikie! – w pozytywnym sensie. Biorąc pod uwagę że w 4 salach koncertowych było w sumie 2400 miejsc + krzesła dostawiane przez obsługę (liczone w setkach). No i oczywiście namiot przed wejściem do opery. Codziennie kilkanaście koncertów.

Bilety ostatniego dnia wyprzedały się na kilka godzin przed koncertami. Co sprytniejszym udało się przechytrzyć bileterów stojących u wrót opery i przekraść się do biura festiwalowego, by wyżebrać zaproszenie. Absolutnie nie potępiam. Podziwiam i całym sercem jestem z nimi! Zważywszy, że opera nie sprzedawała wejściówek – miejsc stojących „gdzie kto może” (no dobra, sprzedawała, ale niewielką ilość). Tak, to prawda, przepisy BHP, drogi ewakuacyjne etc. Rozumiemy to, co nie przeszkadza nam w tym samym czasie uronić łzę współczucia dla tych, którzy stali w długich kolejkach do kasy, po czym ładnie udali się do domu nie widząc ni na sekundę sali koncertowej.

 

 

W ciągu trzech dni mieliśmy okazję wysłuchać 60 koncertów muzyki rosyjskiej. Zdecydowanie dominował Czajkowski, prawdopodobnie ze względu na efektowność i przystępność jego kompozycji. Nie oszukujmy się, dzieła takie jak Jezioro Łabędzie czy Dziadek do Orzechów zachwycają nawet najbardziej zdekoncentrowane dzieci, wszak melodie te przyswajane są przez maluchy za pomocą bajek, zabawek, czy telefonów komórkowych.

 

Oczywiście nie wokół samego Czajkowskiego kręcił się festiwal. Na festiwalowym plakacie widnieją obok niego Rimski-Korsakow, Rachmaninow, Strawiński, Prokofiew, Szostakowicz. Nie wiem, czemu nie kroczy z nimi Borodin czy Musorgski Pewnie kwestia estetyczna plakatu, bądź inny tajemniczy powód.

 

Powracając do popularności Szalonych Dni Muzyki, pokuszę się o stwierdzenie, że trzecia polska edycja tego festiwalu przyciągnęła najwięcej par uszu. Kompozytorzy rosyjscy mieli ten dar pisania pięknych, romantycznych melodii przepełnionych magią. Mam wrażenie że naród ten, uciśniony latami przez biedę i srogie, carskie ręce, próbując sobie ulżyć, rozwinął piękniejszy świat wewnętrzny, przepełniony baśniami o magicznych stworzeniach. Każda kobieta z ludu opowiadała te baśnie swoim dzieciom, a nianie opowiadały je przyszłym kompozytorom. Mali geniusze słuchali ludowych przyśpiewek przepełnionych całym tym dziedzictwem, a gdy sami zaczęli tworzyć, melodie ludowe stawały się naturalną częścią ich kompozycji. Może dlatego muzyka kompozytorów rosyjskich działa na nas tak intensywnie, przywołuje znane nam od pokoleń najwcześniejsze emocje, zatajone gdzieś tam, w głębinach podświadomości.

 

Szalone dni były naprawdę ludzkim konglomeratem. Polscy i zagraniczni artyści, młodzi artyści ze szkół muzycznych, artyści którzy jeszcze nie potrafią mówić, a już wybijają rytm grzechotką czy tamburynem, kobieta dyrygent, no i oczywiście publiczność.

 

Festiwal Szalone Dni Muzyki to nie konkurs, nie będę oceniać techniki czy wirtuozerii artystów (ale Państwo jak najbardziej mogą). Założeniem festiwalu jest dawanie niczym nieskrępowanej radości słuchania. Przymykając nawet oko na to czy ktoś klaszcze między częściami. Gdyby się nie podobało to by nie klaskał, a paniom które cmokają z dezaprobatą radzę nabrać dystansu i bardziej skupiać się na tym, co na scenie.

 

Ostatnie spostrzeżenie – Sukces!

Przypatrując się Szalonym Dniom stwierdzam, że misja pedagogów muzyki, fundacji muzycznych, ludzi którym zależy, odniosła sukces. Patrząc na kolejki przed operą serce naprawdę rosło. I to nie byli ludzie starsi (bo tak się stereotypowo myśli o ,,targecie” muzyki klasycznej). Głównie widziałam tam młodzież szkolną, studentów i młode małżeństwa z dziećmi. Cieszy mnie to przeogromnie, mając na uwadze wpływ muzyki klasycznej na cały organizm ludzki a w szczególności na rozwój dzieci (a o tym w środowej debacie w Mazowieckim Centrum Kultury i Sztuki).  W przyszłym roku ponawiamy szaleństwo w rytmach muzyki francuskiej i hiszpańskiej. Czy trzeba będzie dobudować drugą operę?

 

*Szalone Dni Muzyki miały miejsce 28-30 września w gmachu Teatru Wielkiego Opery Narodowej w Warszawie, a także w namiocie przed nim.

Jedna odpowiedź do “To było po prostu dzikie!”

  1. A. Kowalski napisał(a):

    Ja też bym cmokał gdyby ktoś klaskał w trakcie utworu. Cisza między częściami to tak samo ważna część utworu jak jego takty wypełnione dźwiękami. Do czego mamy nabrać dystansu? Też do tego, gdy ktoś zacznie klaskać wtedy, „gdy będą grali”?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.