Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Teatr na deskach filharmonii – koncert Aleksandry Kurzak

Magdalena Białecka Magdalena Białecka

Niezwykle trudno wczuć się w psychikę bohatera opery na deskach filharmonii, w warunkach koncertowych – czyli bez kontekstu całego dzieła. Tym bardziej, jeśli trzeba się wcielić w sześć postaci podczas jednego wieczoru, nie wspominając o bisach. 

Aleksandra Kurzak podołała trudnemu zadaniu. W swoich interpretacjach słusznie łączyła śpiew z elementami aktorstwa, takimi jak mimika, gestykulacja. Zdarzało jej się imitować szept, przebiegała szybko między różnymi nastrojami, eksponując ciekawe emocjonalne kontrasty. Oprócz tego zabłysła od strony czysto muzycznej. Zaprezentowała swoje wokalne możliwości, wykorzystując szeroką skalę, wykonując szybkie ornamenty i duże skoki interwałowe. Niestety, niektóre wyższe dźwięki wykonywane były ze słyszalnym wysiłkiem, a wiele ozdobników wyszło nieczytelnie, ozywając się jak gdyby zza mgły. Mimo to nie można kwestionować wielkiego kunsztu Aleksandry Kurzak.

Występ polskiej śpiewaczki zapowiedział bardzo adekwatny utwór wykonany przez orkiestrę – Uwertura do „Verbum nobile” Stanisława Moniuszki. Był to jedyny narodowy akcent w programie. Poza tym słuchaliśmy arii i intrumentalnych fragmentów z oper Rossiniego, Pucciniego, Mozarta, Donizettiego, Verdiego, Rossiniego i Leoncavalla.

W pierwszej części koncertu Aleksandra Kurzak zaprezentowała arię Fiordiligi opery z „Cosi fan tutte”, którą to rolą zadebiutowała w ubiegłym roku w Los Angeles. Zaśpiewała również arię Łucji z Lammermooru, którą to partią zachwycała już kilkakrotnie widzów Opery Narodowej w Warszawie. Efektowną arią Rossiniowskiej Semiramidy zwieńczyła pierwszą część koncertu.

Nastrój drugiej części koncertu można by nazwać romantycznym. Do konwencji romantycznej zbliżały go tajemniczość, melancholia, niepokój i uczuciowość. Ciemnymi w większości barwami muzycy malowali ten drugi obraz. Filharmonicy zaskoczyli publiczność w uwerturze z „Pajaców”, kiedy okazało się, że oprócz prostej brawury potrafią wyrazić szereg interesujących emocji. Kurzak w rolach Rozyny, Violetty i Noryny dopełniła nastroju tej „romantycznej” części koncertu.

Uwertury grane przez orkiestrę pod batutą Antoniego Wita cechował monumentalizm i popisowość. Filharmonicy utrzymywali napięcie do ostatniej chwili. Dyrygent czytelnie kształtował agogiczną 

i dynamiczną stronę interpretacji. Jednakże w grze orkiestry brakowało delikatności. Zdawało mi się, jakby dęte momentami się dusiły. Za dużo było w tym występie gwałtowności i przesadnej brawury.

Nawiązując do wspomnianej teatralnej ekspresji Aleksandry Kurzak, wspomnę, że śpiew operowy wiąże się ściśle z aktorstwem. Do elementów aktorstwa należy również sugestywny kostium. Po antrakcie Kurzak wkroczyła na scenę w innej sukni. Pierwsza, o niespotykanym, ozdobnym kroju, pełna była wzorów, jaskrawych, jakby orientalnych. Druga, podobnie jak tamta w ciepłej tonacji barwnej, była jednak prostsza, bardziej stonowana. Zmiana stroju wyrażała analogiczną metamorfozę w repertuarze. Dwie części koncertu znacznie się od siebie różniły. Wygląd solistki świetnie zaakcentował tę różnicę.

Publiczność przyjęła koncert szczególnie ciepło. Świadczą o tym dwa bisy, które udało jej się wyprosić, jak również niecodzienny okrzyk kogoś z audiencji „Warszawa kocha panią!”. Zatem można powiedzieć, że domknęła się umowna klamra kompozycyjna koncertu – zaczęliśmy i skończyliśmy po polsku.

Magdalena Białecka

 

Recenzja koncertu 25 kwietnia 2012 r. w Filharmonii Narodowej w Warszawie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.