Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Taniec w rytm Dvořáka

Piotr Wieczorek Piotr Wieczorek

 

Zapraszanie młodych gwiazd z kategorii „Wunderkind” na prestiżowe wydarzenia muzyczne zawsze jest ryzykowne, bo od prestiżowego wydarzenia oczekujemy jakości brzmienia, która może być oceniana jako satysfakcjonująca „przy zamkniętych oczach” – czyli bez brania poprawki na młody wiek tych, którzy to brzmienie powodują. Jeżeli zaproszenie takiej osoby do występu jest choć trochę uzasadnione, istnieją dwie możliwości: albo okaże się, że owszem, geniusz istnieje, lecz wyraźnie potrzebuje czasu, żeby dojrzeć (takie wrażenie po piątkowym koncercie wywarł na mnie Jan Lisiecki), albo, że do czynienia mamy z muzykiem, który  posiada rodzaj artystycznej pewności siebie charakterystyczny dla osobowości muzycznych bardziej ukształtowanych. Dziewiętnastoletni Wenezuelczyk Ilyich Rivas dyrygował w niedzielę w Filharmonii I, Culture Orchestra tak, jakby posiadał dokładny, przemyślany obraz tego, co chce przekazać. To znalazło odbicie w brzmieniu, które mogliśmy postrzegać z zadowoleniem i zainteresowaniem, z oczami szeroko otwartymi i skierowanymi w stronę tańczącego dyrygenta, który stylem i poziomem zaangażowania przypominał Leonarda Bernsteina.

Niezależnie od oceny całości występu orkiestry, jedno trzeba przyznać Rivasowi na pewno – wie, jak ułożyć program na koncert. Uwertura-fantazja „Romeo i Julia”, pełna głośnych, dramatycznych, emfatycznych fragmentów granych tutti, przeciwstawionych popularnemu „tematowi miłosnemu”, przyprawi wiele osób o gęsią skórkę bez względu na jakość wykonania i automatycznie nastawi pozytywnie na dalszą część koncertu. Całe szczęście, utwór nie musiał pełnić funkcji maskującej niedoskonałości wykonawcze. Charakterystyczną jego cechą był, paradoksalnie, spokój, którego można było doświadczać podczas tego burzliwego dzieła – spokój o to, że nic się nie stanie, że nikt nie wypadnie z rytmu, że dynamika nie osłabnie. Było to przede wszystkim zasługą grupy smyczkowej, która wykazała się niesamowitą precyzją. Pierwszym sprawdzianem był dla nich długi odcinek pizzicato przy dynamice piano, zagrany równo do perfekcji. Wprowadzał on ognisty „temat walki” Capuletich i Montecchich, którego szesnastki wykonano z ogromną, lecz nie przesadzoną energią. Z zaangażowaniem przesadziła natomiast grupy dęta blaszana, która w kulminacji utworu ryczała rozdzierającym fortissimo ponad swoje możliwości dźwiękowe. Nie było to jedynym mankamentem instrumentów dętych, o czym można było się przekonać już w quasi-chorałowej introdukcji granej przez klarnety i fagoty – wejścia były niejednoczesne, co brzmiało bardziej niż uciążliwie przy fakturze nota contra notam, która miała nadać ciężar i atmosferę mistycyzmu utworowi. Nie zepsuło to jednak ogólnego wrażenia, podtrzymywanego przede wszystkim przez zwartość gry smyczków. Było tak jak miało być – monumentalnie.

Już na próbie przed koncertem jasne było, że Rivas znajduje zamiłowanie do pozamuzycznych porównań, gdy udowadniał orkiestrze podobieństwo zwiewnych szesnastek do łaskotania, a cięższych fragmentów – do chodu goryla. Kolejny utwór, poemat symfoniczny Fontanny rzymskie Ottorino Respighiego, to dzieło o charakterze bardzo przypominającym muzykę filmową, którego ilustracyjny charakter oddany został z pomocą magicznych dźwięków czelesty i dzwonków oraz subtelnych pochodów w smyczkach, nawiązujących do odgłosów przelewającej się wody. Sugestywność ruchów dyrygenta sprawiła, że przez ilość zawartych w grze orkiestry nastrojów powoli przestawałem wierzyć, że wszystko to opowiada o jednej fontannie. Niestety, koncentrację publiczności nad końcem utworu zaburzył pewien zdumiewający pozamuzyczny incydent, gdy jeden ze skrzypków wstał z miejsca, przeszedłszy przez rzędy zdumionych muzyków dostał się do koncertmistrza, po czym sugestywnie pokazał mu swoje skrzypce, jakby chcąc się zamienić, a gdy tamten, poczerwieniawszy, nie zareagował – wrócił na swoje miejsce. Zdaje się, że nie tylko odbiorcy byli wytrąceni z równowagi. Po tym zdarzeniu delikatny szmer wody fontanny na Piazza Navona zaczął przypominać rżenie zmęczonego konia, ciągnącego przejeżdżającą nieopodal dorożkę, lecz mimo to Respighi, gdyby żył, zapewne byłby wdzięczny I, Culture Orchestra, która przyczyniła się swoim występem do jego obrazu jako obserwatora o wrażliwości impresjonisty (jeżeli ostatecznie przyjmiemy wersję z fontanną).

W skład I, Culture Orchestra wchodzą członkowie z siedmiu krajów Partnerstwa Wschodniego: Polski, Ukrainy, Białorusi, Mołdawii, Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu. Ludy kaukaskie, wraz z jednym przedstawicielem ludów latynoskich, wyraźnie jednak przejęły ducha słowiańskiego od swoich partnerów z orkiestry w wykonaniu VIII Symfonii Dvořáka, która zabrzmiała tuż po krótkiej Etiudzie b-moll op. 4 nr 3 (która w ich interpretacji nie zdołała przykuć mojej uwagi). Wrażenie dojrzałości wykonania, powodowane przez szerokie prowadzenie fraz, tak ważne w tej symfonii, w której centralną rolę odgrywa melodia, przerywane było niekiedy w momentach, w których co bardziej ekspresywni z publiczności mogli skrzywić się przez fałsze w grupie (znów!) dętej,  wyjątkowo rażące w drugiej części, gdy flet odzywa się z nawracającym motywem tercji małej lub kwarty w swoim górnym rejestrze. Być może niektórzy nie usłyszeli tego, skoncentrowani na odbieraniu bodźców wzrokowych – to w symfonii  mieliśmy okazję doświadczyć najlepszego pokazu dyrygentury podczas całego koncertu. Nazwałbym ten rodzaj dyrygowania aż nazbyt entuzjastycznym – Rivas w brawurowych momentach skakał, w bardziej kantylenowych tańczył, a w kulminacjach się trząsł –  gdyby nie fakt, iż każdy ruch miał uzasadnienie w przebiegu utworu, czego efektem był bardzo dobry kontakt z natychmiast reagującą orkiestrą oraz dobre wyrównanie głosów. Na próbie przed koncertem żartobliwie spytał ze sceny: „Czy wyglądam pięknie? To bardzo ważne”. Wykonania tych czterech utworów pokazały, jak ważną rolę pełni przekaz wizualny ze strony dyrygenta, właśnie swoim ruchem tworzącego muzykę, która, poprzez zespół, dociera do odbiorców.

Gdyby orkiestrze tej dostarczyć nową, lepszą grupę dętą, niedzielny koncert byłby niemal perfekcyjny. Bardzo dobrze, że występ ten był prawie-dojrzały, a nie zupełnie dojrzały. Przy takim poziomie wykonawstwa i dyrygentury dostrzegalnym już teraz, gdy ani Rivas, ani żaden z członków zespołu nie ma więcej niż dwadzieścia lat, niezwykle interesującym będzie śledzić jego dążenie ku dojrzałości – choć zupełnej dojrzałości, która jest dla artysty śmiercią, nie życzę nikomu.

Piotr Wieczorek

Recenzja koncertu Ilyicha Rivasa i I, Culture Orchestra zorganizowanego przez Instytut Adama Mickiewicza – Sala Koncertowa Filharmonii Narodowej w Warszawie 26 sierpnia 2012, godz. 19.00 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.