Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Tango niezgody i muzyczne katharsis

Magdalena Białecka Magdalena Białecka

Cenię warszawską publiczność, która zna się na muzyce i jest dla mnie partnerem – to słowa Jana Lisieckiego. Przypomnijmy, że po raz pierwszy na festiwalu Chopin i jego Europa Lisiecki wystąpił pięć lat temu. Następnie był zapraszany na każdą kolejną jego edycję, jako ulubieniec warszawskiej publiczności.

Po wczorajszym, bogatym w wydarzenia dniu czuję się zmuszona zaprzeczyć skądinąd bardzo życzliwej opinii kanadyjskiego pianisty. Trudno cenić publiczność, która wyraża ogromną aprobatę dla pani Aleksandry Kuls (brakuje jej przede wszystkim dojrzałości artystycznej, bez której nie powinna występować jako solistka), wygwizdując tak znakomitego muzyka, jak Alejandro Petrasso! Na marginesie dodam, że Kuls zgodnie z wymogami wschodnioeuropejskich sal koncertowych ubrała się na koncert w połyskującą, niebieską suknię, zaś Petrasso wystąpił w niezobowiązującym, prostym ubiorze, akcentującym jego ciekawą, nieszablonową osobowość – na co publiczność nie była chyba gotowa.

Dziwimy się często, dlaczego muzyka przestała być żywa, na koncertach muzyki klasycznej się nie improwizuje, a w filharmonii panuje „sztywna atmosfera”. To wszystko wina nieprzygotowania polskiej publiczności, która jest przyzwyczajona do bardzo konkretnego repertuaru. Zapominamy, że w epokach, których muzyką tak się zachwycamy – w XVII, XVIII, I poł. XIX wieku – umiejętność improwizacji była bardzo pożądana. Żaden szanujący się barokowy organista nie wykonałby na koncercie utworów innych kompozytorów. Ponadto istniała wtedy ścisła więź łącząca muzykę z życiem towarzyskim jej odbiorców i wykonawców. Stąd tak częste stylizacje popularnych ówcześnie tańców.

Publiczność zupełnie przeoczyła fakt, że występ Petrasso stanowił niezwykle czytelne nawiązanie do tradycji. Jego spontaniczność bliska improwizacji została uznana za niepożądaną („nie po to przychodzę na poważny koncert, żeby słuchać j a z z u” usłyszałam już po koncercie), dobór repertuaru, na który składały się utwory inspirowane argentyńskim tangiem – wyszydzony, wrażliwość, kreatywność, znakomite zespolenie z muzyką – zupełnie niezauważone. Może przed następnym takim koncertem należy wygłosić specjalną mowę przypominającą, że tango stanowi formę muzyczną, po którą sięgali tak wybitni kompozytorzy muzyki klasycznej, jak Igor Strawiński, Giuseppe Verdi czy Isaac Albeniz?

Niespodzianka, którą argentyński artysta przygotował wspólnie z Marthą Argerich, uratowała go od zupełnego wygwizdania. Były to… tanga na dwa fortepiany. Po niezwykle udanym, pełnym werwy i artystycznego porozumienia występie dwojga pianistów wśród publiczności wywiązała się prawdziwa walka. Część odbiorców wydawała z siebie dziwne odgłosy świadczące o dezaprobacie. Część wstała, manifestując swój pozytywny stosunek do występu. Argerich okazywała swoją życzliwość wobec Petrasso. Kto zabłąkałby się w okolice Studia Lutosławskiego półtorej godziny po północy, mógłby odnieść wrażenie, że wróciły czasy, kiedy w salach koncertowych toczyły się zaciekłe spory wynikłe ze sprzecznych odczuć dot. muzycznej estetyki.

Kończąc niebezpieczny temat występu Petrasso, chciałabym wrócić do pierwszej części koncertu. Po poprzednich, mniej udanych koncertach festiwalowych koncert specjalny Od Mazurka do Tanga przyjęłam niczym prawdziwe katharsis. Sam fakt umieszczenia w programie Mazurków Szymanowskiego z op. 50 bardzo mnie ucieszył. W wykonaniu Akane Sakai zabrzmiały one oryginalnie, bardzo subiektywnie. Sakai miała bardzo konkretną koncepcję zaprezentowania cyklu Mazurków jako całości, która opierała się w dużej mierze na kontrastach i elemencie zaskoczenia. Szymanowski został przedstawiony w nowym, ciekawym ujęciu.

Duet Marthy Archerich i Lydii Chen również mnie nie zawiódł. Bardzo umiejętnie został uzewnętrzniony wokalny charakter muzyki Schumanna. Fortepian i altówka śpiewały jak gdyby romantyczną pieśń. Altowiolistka w niewymuszony, naturalny sposób kształtowała afekty, nie przesadzała z wibratem, słuchała fortepianu i traktowała go jako drugiego solistę, a nie akompaniament. Obie artystki zdawały się zapominać o publiczności, sali koncertowej, występie, skoncentrowane na muzyce, na wspólnej grze. Argerich po raz kolejny zachwyciła mnie dojrzałym, niebanalnym wykonaniem, pięknym dźwiękiem, totalnym zatopieniem w prezentowanej przez siebie muzyce.

Godnym ukoronowaniem pierwszej części koncertu okazał się Moszkowski w wykonaniu Eleny Lisitsian, Dory Schwarzberg oraz Lucii Hall. Okazało się, że jego Suita g to wspaniałe odkrycie, kontrapunktyczna majstersztyk, po prostu niezwykły utwór, z którym dużo można zrobić. Hall przy Schwarzberg wypadła trochę blado, ale znakomicie z nią współpracowała: skrzypaczki grały jak gdyby były jedną osobą, prowadzącą dialog z samą sobą. Pianistka im nie przeszkadzała.

Późny wieczór 26 sierpnia uratował w moich oczach wizerunek festiwalu Chopin i Jego Europa. W tym kontekście można uważać za bardzo symboliczny występ pana Leszczyńskiego podczas antraktu, kiedy to Dyrektor Artystyczny otrzymał owacje za uratowanie spadających ze sceny mikrofonów. Tego wieczora udało się zachować nie tylko sprzęt, ale i dobrą opinię o Festiwalu.

 

Recenzja koncertu festiwalu Chopin i Jego Europa, Studio Koncertowe Polskiego Radia im. W. Lutosławskiego, 26 VIII 2012 r., godz. 23.

14 odpowiedzi na “Tango niezgody i muzyczne katharsis”

  1. pandora napisał(a):

    no cóż Polska publiczność jest specyficzna. Wydaje mi się, że głównie dlatego, że najzwyczajniej w świcie się nie zna! Bo kto w Polsce chodzi np. do opery? Melomani, muzycy – ogólnie mówiąc jej fani, którzy stanowią garstkę, dzieci zaciągnięte do niej przez nauczycieli w ramach szkolnej wycieczki i elita elit, która zakłada, że w pewnym momencie już „trzeba”. Poza tym w naszym kraju nie ma czegoś takiego jak „spontaniczne wyjście („Ojej „Aida”, wejdę kupić bilet!”) do filharmonii, opery czy teatru – wszystko starannie planowane, mowy nie ma o „niewyjściowym stroju”, bo żeby zmierzyć się z „wysoką kulturą” należy wbić się we frak i atłasową suknię – to zniechęca młodsze pokolenie.
    Nigdy nie zapomnę jak kiedyś będąc na „Carmen” usiadły za mną dwie reprezentantki tej właśnie elity elit, spotkałam się wtedy z: nieustannym komentowaniem wszystkiego i każdego kto pojawił się na scenie (dowiedziałam się np. że pan Krzysztof Bednarek „nie ma głosu”), wymienianiem się najświeższymi ploteczkami („A bo Kowalska to taka i siaka”) w tak zwanym między czasie (czyt. podczas wykonywania np. Habanery). Wszystko to jednak nic w porównaniu z tym co wyrzekła jedna z pań podczas finałowej sceny: „A dobrze, że ją zabił, bo to taka kur*a jeb**a była!”

  2. MŁG napisał(a):

    Zaraz zaraz, byłem na tym koncercie i ani trochę nie odniosłem wrażenia, że ktokolwiek Petrassa wygwizdał. Publiczność była może trochę zaskoczona, ale potem wręcz oniemiała. Były bisy, było wspólne granie z Martą i trwałoby to do rana, gdyby artyści nie zrejterowali. Z resztą o prawie 2 w nocy trudno im się dziwić, że mieli dość.

  3. fankuls napisał(a):

    Pani Magdo, muszę zauważyć, że brakuje Pani przede wszystkim dojrzałości artystycznej, bez której nie powinna wypowiadać sie Pani jako dziennikarka muzyczna, przydałaby się też wzmożona praca nad językiem bo trochę trąci gimnazjum lub szkołą średnią. Oczywiście młodość lubi bunt, dziwactwo i odmienność, więc rozumiem skąd Pani zaangażowanie emocjonalne dla Alejandro Petrasso. Jednak, jak raczyła Pani uprzejmie wspomnieć, dojrzali ludzie kultury, krytycy i melomani są dalecy od Pani opinii i w tym nadzieja polskiej kultury.

  4. Magdalena Białecka napisał(a):

    Panie MŁG, z kolejnego komentarza widać, że części publiczności Petrasso się jednak nie spodobał, który to fakt wciąż uważam za smutny. Autorko/Autorze tegoż komentarza – tak się składa, że w tym roku skończyłam liceum, więc nie powinien dziwić fakt, że mój styl pisania nie został jeszcze w pełni ukształtowany. Nie jest mi z tego powodu wstyd, gdyż pracuję, by go poprawić, i podobno robię duże postępy. Dziwi mnie, dlaczego „dojrzali ludzie k u l t u r y” reagują na konstruktywną krytykę w tak emocjonalny sposób… Na szczęście świat zmienia się bardzo dynamicznie i niedługo w pełni dojdzie do głosu młode pokolenie, które stara się reprezentować nasza Gazeta.

  5. W. napisał(a):

    Pani Magda wyraża swoją opinie, każdy może miec inne zdanie. A z tą „elitarnoscią” elity elit to prawda i jak zwykle trąca dulszczyzną i polskim zaściankiem. I sądze, ze barokowi kompozytorzy, wykonawcy też niechętnie chodziliby do polskiej opery czy filharmonii widząc jaką tam wieje nudą.

  6. eses napisał(a):

    Przyznam szczerze że nie daję rady czytać całych Twoich artykułów, gdyż rażą nieumiejętnym operowaniem „trudnymi słowami”. Czyta się Ciebie bardzo ciężko, jeśli chcesz zyskać sobie jakichkolwiek zwolenników powinnaś zastanowić się nad swoim stylem pisania.

    Przyczepię się tylko drugiego akapitu, ponieważ nie chciało mi się wnikać głębiej w resztę tych wypocin. Wytykasz artystce (Aleksandrze Kunis – może być chociaż wspomniała czym się zajmuje?) nie brak warsztatu artystycznego, ani też nie wskazujesz konkretnych wad jej występu, zaś przyczepiasz się jedynie do jej stroju. No dobra, wytknęłaś jej „brak dojrzałości artystycznej”. No fajnie, ale może rozwiń trochę to stwierdzenie, ponieważ tak naprawdę ono znaczy wszystko i nic. Równie dobrze mógłbym nazwać Twój tekst tym samym zwrotem, wydaje mi się że tak naprawdę próbujesz swoimi artykułami wznieść swoje ego na jeszcze wyższy poziom. Można to nazwać inaczej parciem na szkło.

    Pomimo młodego wieku nie zgadzasz się otwarcie z głosami większej części widowni tego koncertu, i egoistycznie twierdzisz że zachowała się źle wygwizdując Petrasso. Powiem Ci szczerze jak myślę – powinnaś w takim wieku jeszcze wzorować się na opiniach autorytetów, oraz ludzi bardziej osłuchanych, a nie starać się samej wywierać nowe opinie.

  7. Pańcio napisał(a):

    Zarzut o braku dojrzalości artystycznej nigdy nie jest do końca sam w sobie rozstrzygający. Tym co o tym przesądza, jest lub może być osoba wypowiadająca uwagę. Dla różnych osób niedojrzalość może być zgola czymś innym. Trudno jest mi się, więc, zgodzić z opinią fankulsa. Uważam artykul Pani Magdy za interesujący i wnoszący wiele oryginalności do sposobu odbioru muzyki prezentowanej przez poszczególnych artystów. Czytając go, odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z kimś, kto nie tylko ma dużą wiedzę, lecz także rozumie muzykę. To jest, wydaje mi się, argument przemawiający zdecydowanie na korzyść autorki. Jej styl, forma również zaslugują na uznanie. Lekkość i przejrzystość stylistyczna, to tylko zalety.

  8. MŁG napisał(a):

    Opinie opiniami, ale liczą się fakty. Tam naprawdę nikt nie gwizdał!

  9. eses napisał(a):

    Pańciu, widzę że nadajesz na tych samych falach co autorka tego „artykułu”. Sam najpierw stwierdzasz, że ów zarzut jest „nierozstrzygujący” (mógłbyś wprawdzie napisać to po ludzku, w sposób mniej wydumany – to naprawdę nie jest ujma na inteligencji). Wnoszący wiele oryginalności do sposobu odbioru muzyki? Może jak jest się osobą, która twardo słucha jedynie muzyki poważnej – no proszę Was ludzie, przez cały XX wiek mieszano muzykę taneczną (tango) z wieloma innymi gatunkami, od tak kochanej przez was muzyki poważnej, przez różne odmiany jazzu, muzyki elektronicznej i muzyki etnicznej/folkowej, na tak „prymitywnym” gatunku jak rock kończąc. To, że Petrasso nagle przed publicznością uderzył w tę nutę, a owa publiczność nie załapała w przeciwieństwie do autorki artykułu wcale nie świadczy jakoś pozytywnie o autorce. Biorąc pod uwagę jej sposób pisania śmiem twierdzić, że swoją wiedzę o muzyce opiera jedynie na muzyce poważnej – co jest bardzo ubogim sposobem patrzenia na ten piękny muzyczny wszechświat (dodam, że trochę to irytujące gdy takie osoby starają się być „głosem młodych”, to chyba jednak jest kwestia przerostu ambicji).

    A fakt, że nikt tam nie gwizdał tylko bardziej działa na niekorzyść autorki. Mam nadzieję, że panna Magda albo otworzy oczy i się uspokoi, albo znajdzie sobie coś lepszego do roboty.

  10. Marcin Oszczyk napisał(a):

    Fakt faktem, również nie słyszałem żadnych gwizdów.

  11. Annette napisał(a):

    Mnie tam nie było, ale po tej dyskusji widzę, że szkoda. Wasza polemika pokazuje, że muzyka ma wiele wymiarów i w każdym z nas żyje inaczej co właśnie świadczy o jej sile. Dotyczy to też późniejszych stanów świadomości, gdy dźwięki już zamilkną. Sama to przeżyłam, gdy zbyt szybka i gwałtowna reakcja publiczności potrafi nieźle zamącić. Ciekawym zwyczajem w salach koncertowych u naszych zachodnich sąsiadów jest chwila ciszy, wcale nie taka krótka po zakończeniu wykonania. Ta chwila często pozwala zrozumieć co się właśnie wydarzyło. I wtedy dopiero rozlegają się brawa …

  12. Grzegorz Dąbrowski napisał(a):

    W kwestii formalnej „eses”: Nie powinno się zabierać do komentowania, jeśli nie przeczytało się całego tekstu. To bardzo nieprofesjonalne. Skoro jesteś takim językoznawcą i znawcą formy recenzji muzycznej, czy jakiejkolwiek wypowiedzi pisemnej, to powinieneś wiedzieć, że określenie „muzyka poważna” jest nieodpowiednie, świadczy o tym że jesteś laikiem (wiem, to za trudne słowo, nie wiem, czy dasz radę przebrnąć przez resztę „moich wypocin”). Zdecydowanie bardziej odpowiednie jest „muzyka klasyczna”. Poza tym, skoro razi Cię styl Magdy, że operuje „trudnymi słowami”, że czyta się ją ciężko, to doprawdy nie wiem, w jakiej literaturze gustujesz. Na marginesie: czasem warto zajrzeć do słownika, to bardzo rozwija. A skoro jesteś tak bardzo osłuchany, to może wytłumaczysz, czym zajmuje się „Aleksandra Kunis”? Nawiązując jeszcze do zdania o Petrasso, którego gry „publiczność nie załapała”: owszem, skoro autorka załapała, to pozytywnie o niej świadczy!

  13. eses napisał(a):

    Ależ Grzegorzu! Nie jestem żadnym językoznawcą, ani znawcą „formy recenzji” (wskaż mi miejsce w którym tak się nazwałem), jestem zwykłym miłośnikiem muzyki, który wyraża swoją subiektywną opinię. Nie zrozumiałeś mnie zupełnie, jak widać nie posiadasz również umiejętności czytania ze zrozumieniem na poziomie podstawowym – a może za prosto dla Ciebie piszę? Nie chodziło mi w żadnym momencie o to, że tekst jest dla mnie niezrozumiały, wręcz przeciwnie – rozumiem go bardzo dobrze (była to forma prowokacji, liczyłem że autorka odpisze). Chodzi mi w sumie tak naprawdę o to, że taka recenzja zamiast zachęcać, zniechęca – tak zresztą jest kiedy się patrzy na większość tak zwanych „krytyków”, którzy jedynie dowartościowują się pisaniem swoich tekstów. Powiedzmy szczerze – komu służy ta recenzja powyżej? Chyba tylko osobom które widziały ów koncert. A kim pani Aleksandra Kunis jest nie będę odpowiadał, bo równie dobrze mógłbym skopiować formułkę z internetu – to o niczym nie świadczy tak naprawdę.

  14. Grzegorz Dąbrowski napisał(a):

    W takim razie czekam na formułkę z internetu o Aleksandrze „KUNIS”. I myślę, że to o czymś świadczy „miłośniku muzyki”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.