Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Polskie szkoły muzyczne. Jak uczą?

Dominika Kowalska Dominika Kowalska

 

 

Przygotowując się do pewnego wywiadu, przeczytałam zarzut odnośnie szkół muzycznych: Są po to, by kształcić wirtuozów, brakuje w nich miejsca na muzykowanie. Dzieci biorą udział w wyścigu szczurów, dokupują dodatkowe lekcje… Pomyślałam sobie CO? Bullshit! Później zdałam sobie sprawę, że może tylko moja szkoła była dosyć kiepska, miała w poważaniu wirtuozerię swoich podopiecznych (albo to tylko ja byłam zbyt tępa czy leniwa by zostać wirtuozem, [chociaż osobną sprawą jest, że jeśli się chce, to można, były też takie przykłady, nie wiem co się teraz z nimi dzieje] )

Jaki odsetek absolwentów szkół muzycznych zostaje zawodowymi muzykami, nie mówiąc już o zarabianiu na tym (w miarę przyzwoicie)? Ale to że bycie muzykiem to (również z finansowego punktu widzenia ) ciężki kawałek chleba, zasługuje na osobny wątek.

Wracając do tej mojej szkoły muzycznej. Absolutnie nie wyniosłam z niej wielkiej wiedzy na temat historii muzyki, nie nauczyłam się tam niczego poprzez wkuwanie. Nawet teorii uczyłam się w praktyce. Moi nauczyciele byli wszak muzykami, artystami z krwi i kości.
Pamiętam że w ostatniej klasie I stopnia był robiony ranking szkół muzycznych, mieliśmy do rozwiązania jakiś test. Nie był trudny, były to podstawy teorii, ale dla kogoś, kto uczył się teorii w praktyce, nie było łatwo. Nauczyciele (mając na uwadze stan naszej wiedzy) chodzili między ławkami i co jakiś czas nam podpowiadali. W rezultacie i tak zajęliśmy jakieś gówniane miejsce w tym rankingu. Nikt mnie nie zmuszał bym chodziła do szkoły muzycznej (dlatego też hmm, nie dokończyłam II stopnia). Robiłam to z przyjemnością (no dobra, raz miałam kryzys wiary, ale nie wcieliłam pomysłu o odejściu w życie). Zdaje się że przedstawiłam teraz moją (byłą) SM jak szkołę St. Trinian

…ale
Mnie moja szkoła muzyczna nauczyła że jak czegoś nie będę wiedziała, to co może się stać? Najwyżej(!) nie zdam. („Miśka, ty w tym roku nie zdasz” ,, Miśka, sierpień też piękny miesiąc” ,,Miśka, ptaszyno, ty będziesz dobrą żoną, ale muzykiem… chyba nie”). Nie było spinania się, relacje z nauczycielami były przyjacielskie. Co prawda nie zostałam wirtuozem, mam braki w wiedzy z zakresu historii muzyki (które obecnie nadrabiam). Za to zagram ze słuchu każdą melodię, improwizacja nie jest mi obca, mam lekkość wyrażania swoich emocji poprzez sztukę. Muzyka stała się moim życiem, wszak przez 10 lat nieustannie z nią obcowałam w praktyce. Nie mam awersji, żadnej traumy, nic. To właśnie dała mi moja szkoła muzyczna. I swoje dziecko też kiedyś poślę do właśnie takiej szkoły, nieprestiżowej. Może to nie jest takie złe, chodzić do przeciętnej szkoły i nie zostać wirtuozem?

Jedna odpowiedź do “Polskie szkoły muzyczne. Jak uczą?”

  1. Wirtuoz napisał(a):

    Przepraszam, ale przeczytałem Twój artykuł i mam mały mętlik w głowie. Słownictwo i styl leżą, trochę bezcelowych wulgaryzmów, a sens i przesłanie ostatecznie żadne. Uważam, że bycie uczniem szkoły muzycznej traktować można na dwa sposoby: z chęcią zostania w przyszłości zawodowym muzykiem, bądź jako realizowanie swojego hobby, jako dodatek do „zwykłej” szkoły. Jednak obojętnie, która to będzie droga, należy mimo wszystko zaakceptować fakt, że odpowiedzialność jaką jest szkoła muzyczna niesie za sobą mus dodatkowej nauki i ćwiczenia i powinniśmy z tych obowiązków wywiązywać się jak najlepiej… bierne uczestnictwo w zajęciach teoretycznych czy praktycznych jest dla mnie pozbawione sensu. Zresztą opisaną przez Ciebie „wirtuozerię” możemy rozumieć bardzo szeroko. Czy chcesz przez to powiedzieć, że pedagodzy w Twej szkole nie kładli odpowiedniego nacisku na technikę, która jest niezbędna a w znacznym stopniu rozwinięta odpowiednio może być nazwana wirtuozerią? A może nauka „wirtuozerii” to podług Ciebie nauka tego, jak czuć dzieło muzyczne, jak wyrazić przez nie siebie? W takim razie tego też nie powinno się uczyć? Podsumowując, nie wiem za bardzo o co Ci chodziło, tekst jest dla mnie zupełnie niejasny .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.