Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Szesnaście razy stradivarius

Marcin Oszczyk Marcin Oszczyk

 

 

18.08.12, godz. 20:00, Chopin w wersji kameralnej
Studio Koncertowe Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego
Kevin Kenner (fortepian historyczny)
Grzegorz Frankowski (kontrabas)
The Casal Quartet 

Felix Mendelssohn
Fuga Es-dur op. 81 nr 4
Scherzo a-moll op. 81 nr 2
Capriccio e-moll op. 81 nr 3 

Fryderyk Chopin
Koncert e-moll op. 11
Koncert f-moll op. 21 

Był to z pewnością koncert nietypowy, i to nietypowy pod wieloma względami.

Nietypowość pierwsza

O pierwszej nietypowości dowiedzieliśmy się na minutę przed tym, jak artyści weszli na scenę. Głos z offu oznajmił bowiem zmianę w kolejności utworów. I to zmianę raczej nieprzeciętną: pierwsza część koncertu f-moll Chopina, Fuga Es-dur op. 81 Mendelssohna, Scherzo a-moll op. 81 Mendelssohna, druga część koncertu f-moll Chopina, trzecia część koncertu f-moll Chopina, przerwa, pierwsza część koncertu e-moll Chopina, Capriccio op. 81 Mendelssohna, druga część koncertu e-moll Chopina, trzecia część koncertu e-moll Chopina. Nietypowo, nieprawdaż? Moim zdaniem sprawdziło się to znakomicie; lżejsze utwory takie jak Scherzo czy Capriccio były potrzebnym o tej porze wytchnieniem między poważnymi częściami koncertu, zaś wesołość, z jaką wykonywali je artyści udzielała się publiczności, a przynajmniej mnie.

Nietypowość druga

O nietypowości drugiej dowiedzieliśmy się w przerwie między pierwszym a drugim kawałkiem. Po tym, jak wszyscy artyści zeszli ze sceny, jeden z nich na scenę wrócił. Wrócił i zaczął opowiadać o doborze instrumentów. Cały kwartet bowiem grał na bardzo zabytkowych instrumentach z manufaktury Stainer. Stainery, o których jako pianista usłyszałem pierwszy raz w życiu, były instrumentami produkowanymi w połowie XVII wieku, lecz popularnymi i bardzo wysoko cenionymi jeszcze przez dwa stulecia. Jeden stainer był ponoć koło roku 1800 wart czterech stradivariusów! Wszystko to bardzo ciekawe, jednak liczy się efekt. A ten był …ambiwalentny. Chyba jednak lepiej pozostawić takie brzmienia barokowi i nie zmuszać biednych, niemal czterystuletnich staruszków do męczenia się z muzyką, której nie rozumieją.

Nietypowość trzecia

Nietypowość trzecia, bardzo ważna, dotyczyła składu zespołu przy utworach Chopina (Mendelssohn grany był jedynie przez kwartet): fortepian solo z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego i kontrabasu. Jest to nietypowość uzasadniona, gdyż już za czasów Chopina grywano jego koncerty w ten sposób. Ciężko powiedzieć, czy Fryderyk uważał takie wykonania za „równouprawnione”, mnie jednak słuchało się takiego wariantu bardzo przyjemnie. Zmniejszenie składu dało zabawny, nieco paradoksalny efekt: wyodrębniły się trzy, niemal równorzędne centra – świetny Kevin Kenner przy fortepianie, zespół Casal Quartett i Grzegorz Frankowski ze swoim kontrabasem. Cała trójka była doskonale zgrana i funkcjonowała jak jeden organizm, w którym tylko od czasu do czasu swoje „solo” miał Kevin. Jego gra była poza tym bardzo akompaniująca, co nasunęło mi wręcz skojarzenia z zespołem blues/jazzowym grającym gdzieś w restauracji.

Nietypowość czwarta

Ostatnią nietypowością był skład samego Casal Quartett. Trzy czwarte pozostało bez zmian (Rachel Späth – II skrzypce, Markus Fleck – altówka, Andreas Fleck – wiolonczela), zaś pozostała część, z nieznanych przyczyn, podległa wymianie (pod nieobecność Darii Zappy pierwsze skrzypce grała Julia Schröder). Gdybym miał napisać choć połowę tego, co mimochodem usłyszałem podczas przerwy na temat Czwartej Nietypowości, zapewne byłaby to moja ostatnia recenzja. Ograniczę się do stwierdzenia, które mama wpoiła mi w dzieciństwie – trzeba ostrożnie dobierać przyjaciół. 

Marcin Oszczyk

NA ZDJĘCIU: CASSAL QUARTETT, FOT. CASSALQUARTETT.CH 

6 odpowiedzi na “Szesnaście razy stradivarius”

  1. Katarzyna Stasiewicz pisze:

    Co do tego świetnego zgrania akompaniującego zespołu z pianistą (który jak zwykle nie zawiódł), trochę bym postulowała. W kwartecie panował popis indywidualności, każdy grał inaczej, nie mówiąc już o niedostatecznym przyswojeniu materiału.

    Oprócz Kennera, największe wrażenie zrobił na mnie o dziwo altowiolista.

  2. Marcin Oszczyk pisze:

    Moim zdaniem wiadoma większość kwartetu była zgrana, świetnie było to widać szczególnie w ostatniej części Mendelssohna gdzie, owszem, był popis, ale nie na siłę i – co najważniejsze – nie kosztem reszty zespołu, która odsuwała się na drugi plan, po to by zaraz następna osoba znalazła się na pierwszym. A kontrabasu (to już nie tyle zasługa Frankowskiego co autora aranżacji) było w mojej opinii ani za wiele ani za mało (nie powtarzał tylko mechanicznie partii wiolonczeli) i Frankowski tak własnie zagrał: ani za dużo, ani za mało.

  3. Marcin Oszczyk pisze:

    I zgadzam się, altowiolista również pozytywnie mnie zaskoczył

  4. Katarzyna Stasiewicz pisze:

    Ale nie powiesz mi, że Chopin brzmiał Chopinem.
    Swoją drogą pan od aranżacji wykonał chyba najbardziej osobliwą wersję na kwintet, jaką kiedykolwiek słyszałam.
    W sumie to ani czysto, ani ładnie. Szkoda, że Kenner na Graffie był aż tak przykryty dźwiękiem smyczków.

  5. Marcin Oszczyk pisze:

    To wada? Nie dla mnie.
    Akurat spodobała mi się aranżacja, przynajmniej nie musiałem nie wiem już który raz słuchać tego samego tak samo. Ale była osobliwa, więc jak zwykle jedni na tak, drudzy na nie.

  6. Katarzyna Stasiewicz pisze:

    Wydaje mi się, że nawet przy normalnej transkrypcji akompaniamentu na kwintet nie musiałbyś słuchać tego samego tak samo. Dochodzi jeszcze kwestia barwy, interpretacji, tej repliki Graffa, na której grał Kenner. Przynajmiej ja tak to odbieram :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.