Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Statyczna rzeźba, muzealne szkło

Magdalena Białecka Magdalena Białecka

Koncert 21 sierpnia pod względem repertuaru przypominał poprzedzający go występ Edny Stern. Pierwszą jego część wypełniły utwory Bacha – choć już przeznaczone nie tak ewidentnie na organy, lecz bardziej na klawesyn, druga zaś poświęcona była muzyce Chopina.

 

Tym razem grał dla nas rosyjski pianista Evgeni Koroliov. Zacznijmy od tego, że Bach, którego prezentował, na fortepianie brzmiał – tego tematu nie sposób ominąć! – zupełnie nietrafnie. Pianiści na ogół próbują zrekompensować nieadekwatne brzmienie mistrzowskim fortepianowym touche, misternymi niuansami dynamicznymi, korespondującymi z wykonawstwem Bacha na klawikordzie, pięknym fortepianowym dźwiękiem. Taki pomysł zdawał się też przyświecać Koroliovowi. Jego wykonanie można określić jako poetyckie. Oscylował w nim między różnymi odcieniami piano, bardzo rzadko osiągając forte. Jego mocnym atutem był cechujący jego grę spokój, jak również świetnie przemyślana artykulacja.

 

Mimo wszystkich pozytywnych stron tego wykonania, których rosyjskiemu pianiście nie śmiałabym nie przypisywać, koncertu nie można uznać za udany. Przede wszystkim przeszkadzały mi ekstremalnie wolne tempa, na które zdecydował się Koroliov. Przez to każdy dźwięk, każdy akord stawał się ważny. Muzyka nie mogła płynąć, żyć, pulsować. Była statyczna niczym marmurowa rzeźba, zastygnięta na wieki w jednej pozie.

 

Wykonanie Koroliova pochodziło jak gdyby z poprzedniej epoki, w której nie nauczyliśmy się jeszcze, że barok to muzyka tętniąca życiem, szybka, pełna afektów, naładowana treścią. W owym czasie znajdowaliśmy w Bachu spokój, potrafiliśmy kontemplować poszczególne „ładnie” brzmiące akordy, jednakże nie rozumieliśmy języka, którym ta muzyka do nas przemawiała. Utwory zaprezentowane przez Koroliova – VI Partita e-moll oraz Koncert włoski – to była przecież muzyka dworska, o tanecznym archetypie, przeznaczona na klawesyn, który cechuje się krótkim, ostrym brzmieniem!

 

Podobnie stało się z Chopinem. W najmniejszych detalach przemyślany, dochodzący do nas jak gdyby zza muzealnego szkła, zdawał się być  n i e ż y w y.  Obiektywna, wystudiowana gra, choć cechująca się ładnym, okrągłym dźwiękiem i ciekawymi pomysłami – szczególnie w walcach – była przeintelektualizowana, pozbawiona głębi, zupełnie nieromantyczna.

 

Na koniec pozwolę sobie przypomnieć Dwie etiudy Pawła Szymańskiego, które naśladują jak gdyby utwór Bacha rozbity na drobne kawałki. Może taka muzyka brzmiałaby lepiej w wykonaniu Koroliova?

2 odpowiedzi na “Statyczna rzeźba, muzealne szkło”

  1. W. napisał(a):

    Ja też nie lubie muzelanego wykonawstwa, muzyka baroku jest zywa, rubaszna, tu chodzi często o umizgi, sex. Chce poczuc to w muzyce.

  2. Katarzyna Stasiewicz napisał(a):

    W momencie, kiedy pianista na koncercie proponuje Partitę e-moll Bacha, ciężko wpleść w to umizgi i seks o_O

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.