Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Skrzypek, który pokochał wiolonczelę

asd asd

Julian Rachlin i Janine Jansen

 

 

 

 

Damian Kułakowski: Dlaczego pan wybrał skrzypce?

Julian Rachlin: Nie wybrałem skrzypiec i nigdy nie chciałem na nich grać. Nawet ich za bardzo nie lubię.  

Pan żartuje?

Nie. Moim ulubionym instrumentem zawsze była wiolonczela. Chyba dlatego, że mój ojciec jest wiolonczelistą. Po prostu kocham dźwięk, ciemny koloryt i ciepłe brzmienie tego instrumentu. To powód, dla którego często sięgam po altówkę, bo dzięki niej mogę zbliżyć się trochę do barwy wiolonczeli. Gram na skrzypcach za sprawą moich dziadków, którzy pewnego dnia, gdy miałem dwa i pół roku, przynieśli je do domu. Ponieważ wiedzieli, że uwielbiam wiolonczelę, zażartowali, że to jest właśnie ona. Przez pewien czas myślałem więc, że gram na wiolonczeli. Dlatego tak się przywiązałem do skrzypiec. 

W październiku ubiegłego roku wziął pan udział w prawykonaniu Koncertu na skrzypce i altówkę Krzysztofa Pendereckiego. Jaka to kompozycja?

To wspaniałe dzieło. Podwójny koncert to rodzaj wielkiej muzyki, a w swym dziele Penderecki odniósł się do tak naprawdę jedynych utrzymujących się na scenach kompozycji na taki skład, mianowicie Symfonii koncertującej Mozarta oraz Koncertu na skrzypce i altówkę Brittena. Nikt więcej nie napisał nic istotnego na taki skład instrumentów solowych. Było moim wielkim marzeniem, aby maestro Penderecki napisał taki utwór. 

Tym większa jest pana radość, że to kompozycja dedykowana właśnie panu i Janine Jansen.

O tak. To dla mnie zaszczyt. A współpraca z Janine oczywiście była bardzo owocna. To świetna skrzypaczka, zarazem moja przyjaciółka, właściwie była dziewczyna, z którą przeżyliśmy wspólnie pięć lat. Teraz jesteśmy jak brat i siostra. Wciąż mnóstwo gramy razem i czerpiemy z tego satysfakcję. Nasza współpraca ma szczególny charakter. Bardzo lubimy grać kameralistykę, dlatego wiele dla mnie znaczyło móc właśnie z nią wykonać światową premierę Koncertu podwójnego Pendereckiego. 

W Dubrowniku zorganizował pan festiwal Rachlin and Friends. Kameralistyka jest dla pana tak bardzo ważna? 

O tak, głównym celem tego festiwalu było zgromadzenie jak najwięcej moich przyjaciół w jednym miejscu, żeby przez dwa tygodnie w roku wspólnie grać i odpoczywać nad Adriatykiem. Dubrownik jest pięknym miastem perłą Dalmacji. Okolica jest pełna historycznych obiektów i leżących w pobliżu setek  wysepek. Chorwackie wybrzeże jest wprost oszałamiające ze swoją błękitną morską wodą. To było moje sekretne życzenie, żeby po wielu latach koncertowania z wieloma muzykami z całego świata, móc ich gdzieś zaprosić i spędzić trochę czasu w spokoju, a nie pięć minut na lotnisku. Niestety, po 12 latach musiałem zamknąć festiwal. Zostałem do tego zmuszony z powodu braku wsparcia ze strony miasta i  ministerstwa kultury. Oczywiście wpływ miał też kryzys gospodarczy i recesja. Nie mogłem dalej kontynuować działalności.  Tak czy inaczej, w przyszłości chciałbym znów ożywić festiwal. Może w innym miejscu, w innym kraju. Dziś jednak  jest zbyt wcześnie, aby o tym mówić. Potrzebuję trochę czasu na przemyślenie takiego wydarzenia pod względem organizacyjnym. To ogromna ilość pracy. Możesz zapytać panią Elżbietę Penderecką. 

Powiedział pan, że skrzypce nie są panu szczególnie bliskie. W sonatach Beethovena które pan wykonał dało się słyszeć zupełnie co innego. Razem z Itamarem Golanem stworzyliście interpretację pełną żywiołu. Czy było to okupione sprzeczkami w kwestiach interpretacyjnych?

Z Itamarem gram w duecie od 17 lat. Tworzymy prawdziwy duet, a nie układ skrzypce z akompaniamentem fortepianu. Dbamy o to zwłaszcza w sonatach Beethovena. Beethoven napisał te utwory na  f o r t e p i a n  i skrzypce, a nie na odwrót, co szczególnie jest słyszalne we wczesnych opusach. Skrzypce są tam o wiele mniej istotne niż fortepian. W sonatach od V do X stają się coraz bardziej równouprawnione. Beethoven był pierwszym kompozytorem, który nadał partii skrzypiec znaczenie równie istotne jakie fortepian miał już wcześniej.  Nie było dotąd w historii muzyki takiego przypadku. Jeśli chodzi o kłótnie interpretacyjne, to wydaje mi się, że jeśli dwóch muzyków spotyka się by pracować nad takimi arcydziełami jak Sonaty Beethovena, to zawsze pojawiają się różnice zdań. Kameralistyka ma to do siebie, że trzeba być bardzo elastycznym w kwestii kompromisów. Nie mógłbym cały czas utrzymywać tylko mój punkt widzenia i moją wizję muzyki. To nigdy nie doprowadziłoby do zadowalającego rezultatu. Bardzo lubimy wyzwania, wspólne próby i pracę. W ciągu lat nie raz zmienialiśmy nasze upodobania wykonawcze, bo nasz smak muzyczny cały czas się zmienia. Wszystko to robimy w celu szukania najwyższej jakości, co jest jednak bardzo trudne przy Beethovenie, bo sądzę że jedno życie to zbyt mało, żeby odkryć wszystkie sekrety jego dzieł, umieszczone pomiędzy nutami. 

Jak udaje się panu łączyć działalność koncertową z nauczaniem w Wiedniu?

Nie mam z tym problemów, ponieważ mam zaledwie kilku uczniów. Są już dojrzali, zazwyczaj na dwa, trzy lata przed dyplomem. Mają po 20 lat, wiedzą, czego chcą, nie potrzebują mnie cały czas. To jest jedyny sposób na pracę, ponieważ mam mnóstwo koncertów, ostatnio dyryguję, gram na altówce, skrzypcach i wykonuję muzykę kameralną. 

Skąd pojawiła się dyrygentura w pana życiu muzycznym?

Dyrygentura zainteresowałem się pięć lat temu. Powoli zaczynałem się rozwijać, biorąc lekcje. Jestem bardzo ostrożny w doborze repertuaru i staram się opracować jedną symfonię każdego roku, nie więcej. Mimo tego, że mam w repertuarze niewiele utworów, współpracowałem z wieloma orkiestrami. Dyrygentura stała się dla mnie naturalną częścią mojego muzycznego rozwoju. Nie wystarcza mi wyjść i zagrać Koncert Czajkowskiego. Kocham odkrywać muzykę ze wszystkich możliwych stron. Ważne jest jednak, aby nie przesadzić z liczbą utworów, bo wówczas może się to odbić na jakości. 

Pana nauczyciel, prof. Boris Kuschnir, to legenda w świecie muzycznej pedagogiki. Jak pan go wspomina?

Kuschnir jest jednym z najwybitniejszych pedagogów skrzypiec. On nie był zwykłym nauczycielem. Był i nadal jest moim przyjacielem oraz mentorem. Uczyłem się w jego klasie 15 lat. Kuschnir kontynuuje tradycje szkoły Dawida Ojstracha i Valentina Berlinsky’ego. Do tego życie w Wiedniu bardzo sprzyja artystom. Czuć tam ducha muzyki. Oprócz tego studiowałem u Pinchasa Zuckermana w Nowym Jorku, który też jest jednym z najwybitniejszych skrzypków. 

Pana  stradivarius bardzo przyczynia się do estradowych  sukcesów .

Zgadzam się. Te skrzypce pochodzą ze złotego okresu twórczości lutniczej Stradivariusa. Powstały w 1704 r. i nazywają się „Ex Liebig”. Traktuję to jak imię tego instrumentu. Grali na nim wybitni austriaccy muzycy, jak koncertmistrz Wiedeńczyków wiele lat temu. Mam możliwość grać na nim dzięki Prokop Foundation, która zakupiła ten instrument i wypożyczyła mi go. 

Na koncercie słychać było, że to wspaniałe skrzypce.

Cieszę się. Są cudowne.

Jest pan Ambasadorem dobrej woli UNICEF. Jaka jest pana rola w tej organizacji?

Jako muzyk, dużo podróżuję po świecie. Mam szczęście, że mój zawód jest dość intratny. Staram się brać udział w projektach, które przyczynią się  do poprawy warunków życia dzieci. UNICEF to wspaniała pod tym względem organizacja broniąca praw dzieci, dająca im możliwość dojrzewania i wchodzenia bezproblemowo w dorosłość. Jest mnóstwo czynników, jak narkotyki, alkohol czy choroby, które dotykają milionów dzieci. Jako ambasador mówię o UNICEF w wywiadach, ponieważ jestem do tego upoważniony. Staram się nakłaniać do tego, aby ludzie w miarę możliwości wysyłali datki na UNICEF. To jedna sprawa. Inna to organizowanie specjalnych koncertów charytatywnych, z których dochód  całości jest przeznaczony na potrzebujące dzieci. Cieszę się, że mogę łączyć przyjemne z pożytecznym.

Rozmawiał Damian Kułakowski

 Julian Rachlin i Itamar Golan wystąpili na 17. Wielkanocnym Festiwalu Ludwiga van Beethovena w Warszawie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.