Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Samotny tłum

Grzegorz Dąbrowski Grzegorz Dąbrowski

W jakim świecie żyjemy? Jaki świat nas zdominował? Dlaczego przestrzeń wirtualna zdaje się być dużo bardziej atrakcyjna od rzeczywistości? W ekranach naszych komputerów obserwujemy świat i spędzamy życie; na portalach społecznościowych mamy niezliczoną ilość znajomych, których obserwujemy i, którym pozwalamy obserwować siebie. Wybieramy ułudę cyberświata, by zagłuszyć w sobie ten dręczący nas głos… głos, który przemówił z całą dosadnością w dramacie dźwiękowym Georges’a Aperghisa. Luna Park to opowieść o wszechogarniającej samotności.

Na scenie w swoistych boksach siedzi czworo bohaterów. Siedzą całkiem blisko siebie, zachodzą między nimi jakieś relacje, ale jedna rzecz pozostaje niezmienna od początku, aż do końca przedstawienia: nie kontaktują się ze sobą bezpośrednio. Nigdy nie spojrzeli sobie w oczy, nigdy nie poczuli ciepła swojego oddechu. Żyją zamknięci w czterech ścianach, które wypełnia nierzeczywisty zgiełk nierzeczywistych wydarzeń. Para będąca po zewnętrznej stronie tego rzędu ma flety basowy i subkontrabasowy, których szara barwa uzupełnia dźwięki elektroniczne otaczające publiczność. Są raczej statyczni. Para w środku to postaci tragiczne, skazane na to, by nigdy się nie spotkać, uwikłane w sieć wzajemnych wirtualnych oddziaływań i obserwowania siebie przez anonimowe oko kamery.

Zaczyna się pełnymi napięcia odruchami. Palce bohatera same rwą się do stukania po klawiaturze. Potem słyszymy różne odgłosy, szum, zlepek niezrozumiałych wyrazów. Bohater zaczyna bełkotać, wpada w trans. Dynamika narasta, bohater w malignie zaczyna się kołysać, paplanina staje się krzykiem!

Zatrzymajmy się na chwilę. Co oferuje nam dzisiejsza telewizja? Jakimi wartościami chce nas zainteresować? Nieprzerwane pasmo idiotycznych reklam, ulubiony serial, talk show’y, teleturnieje. Wszyscy jesteśmy szczęśliwi, wszyscy żyjemy w dobrobycie dostając rodzinnego oczopląsu, wpatrując się w kilkudziesięciocalowy ekran. Efektem jest zmielona, bezkształtna i bezsmakowa papka, która rozmiękcza nasze umysły, zabija kreatywność, usypia czujność.

Rutyna staje się szaleństwem. Codzienne czynności powtarzane w kółko i pozostające akcją nie dającą namacalnej reakcji doprowadzają do obłędu. Bohaterka wspina się w swoim pomieszczeniu jak zwierzę w klatce. Przytyka oko do oka kamery, jakby próbowała zobaczyć coś po drugiej stronie, plącze się, próbując znaleźć cokolwiek, co zareaguje na nią. Nic takiego się nie dzieje. Obserwujemy człowieka świadomego bezsensu swojej egzystencji, w tle na dużym ekranie widzimy wielki blok mieszkalny. Okno obok okna. Przecież to idealne miejsce, by móc się poznać, porozmawiać. Nie… ludzie wolą przejść obok siebie w milczeniu lub kurtuazyjnie wymienić się ledwie słyszalnym „dzień dobry”; siedząc w autobusie odwracają wzrok i możliwie nie uczestniczą w obecności innych. W tłumie spieszących się do pracy ludzi, wszyscy jesteśmy samotni.

Świadomość bohaterki za chwilę przyćmi głowa bohatera, projekcją której będzie bawiła się, jak balonem. Wpłynie to oczywiście na niego samego, sam zacznie się poruszać w rytm ruchów jej rąk. Znamy przecież sytuacje, gdzie anonimowe komentarze dotykają nas lub też bez żadnych konsekwencji możemy wylewać na kogoś pomyje, ośmieszać. Jakie to proste, prawda? Jakie podniecające! Móc wygłosić „arcyinteligentny” i „arcyobraźliwy” komentarz, nie podpisując się imieniem i nazwiskiem i tłumaczyć swój czyn, jako sprowokowanie do dyskusji. Dyskusji z kim?

Przychodzi pora na wiadomości, zapowiedzi, etc. Wszelkiego rodzaju informacje, przekazywane w tempie karabinu maszynowego wpadają jednym uchem, a drugim wypadają. Wpatrzeni tępo w ekran chłoniemy te zbitki słów jak gąbka i nawet nie zauważamy, że ślina delikatną strużką cieknie nam po policzku…

Słowa przestają mieć znaczenie, skoro i tak ich nie słuchamy. Są upośledzonym ciągiem, nierzadko dodatkowo zdeformowanym przez np. wdmuchiwanie ich do fletu. Język też traci swoje znaczenie w naszym życiu. Posługujemy się słownikiem skrótów, by SMS był jeszcze bardziej short, by krótka informacja była jeszcze krótsza, i by jak najszybciej dotarła do adresata, bo przecież w końcu na nic nie mamy czasu. Jesteśmy zajęci, zabiegani, a w rzeczywistości latamy jak pies wokół własnego ogona. Projekcje na ekranach ukazują te same czynności powtarzane po tysiąckroć. Praca dla pracy, by stworzyć kolejna ułudę: ułudę konstruktywnie spędzanego czasu, ułudę posiadania sensu tego, co robimy.

Dramat Aperghisa był mocny, niepokojący. Technicznie świetnie zrealizowany, w końcu zamówiony przez paryski IRCAM. Czasem męczący, ale czyż nie o to chodzi? Czyż trwoniąc bezpowrotnie czas przed telewizorem, komputerem nie stajemy się znużeni, wyczerpani? Kompozytor zmęczył nas swoją sztuką, zbombardował nawałem projekcji, bełkotu i zamknięcia w „cyberklatce”. Cóż, samo życie… I tylko przez tę kaskadę dźwięków i obrazów przebija się głos autora: „Ludzie, obudźcie się póki możecie!”

 

Grzegorz Dąbrowski

Na zdjęciu: fragment z Luna Park Georges’a Aperghis’a

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.