Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Sądeckie Kursy siedemnasty raz

Damian Kułakowski Damian Kułakowski

Większość zapracowanych  ludzi z utęsknieniem wyczekuje wakacji lub urlopu,  aby zażyć relaksu w nadmorskich kurortach, pływać w basenach, opalać się w gorącym słońcu lub chodzić po górach. Rzadko komu przychodzi na myśl spędzenie swego upragnionego wolnego czasu ciężko pracując, a rytm dnia wyznaczają posiłki i  aby wywiązać się z nałożonych na siebie obowiązków  trzeba wstawać czasem o 6 rano.

Coś musi być w Międzynarodowych Kursach Interpretacji Muzycznej w Nowym Sączu, skoro już od 17 lat zjeżdżają tu tłumy młodych muzyków, do których sam od 5 lat należę. Myślę, że temat ten  może  również zachęcić tych, którzy  w Nowym Sączu jeszcze nie byli, a chcieliby zakosztować 10 (lub nawet 20) dni muzyki, bowiem na cały Kurs składają się 2 turnusy, w czasie których uczestnicy mogą pracować pod kierunkiem wybitnych pedagogów, zarówno z Polski jak i z zagranicy.

Oprócz tak wymiernych korzyści jak doskonalenie warsztatu muzycznego oraz możliwość prezentowania programu na licznych koncertach organizowanych nie tylko w Sączu, ale i Krynicy, Piwnicznej czy na Słowacji. Kursom towarzyszy przede wszystkim  niesamowita atmosfera. To ona sprawia, że do Sącza przyjeżdża się nawet za cenę niespędzonych wakacji w Grecji czy Egipcie. Ta atmosfera pracy widoczna jest na każdym kroku. Zajęcia i najważniejsze wydarzenia artystyczne odbywają się w kilku „strategicznych” miejscach: Szkole Muzycznej im. F. Chopina (będącej organizatorem kursu), Domu Kultury „Sokół”, Małej Galerii oraz w akademiku przy ul. Jana Pawła II. To ostatnie miejsce jest na swój sposób szczególne, ponieważ na 20 dni trwania kursu staje się ono enklawą młodych muzyków. Mieszkamy tu, ćwiczymy, jemy i śpimy. Zza okna daje się słyszeć najróżniejsze dźwięki: od „smyczków”, przez flety, oboje, saksofony i klarnety,  na śpiewie kończąc. Nic więc dziwnego, że muzyka jest tu wszechobecna. Również w akademiku odbywa się część lekcji z profesorami. Dzięki temu nie czuje się tak dystansu dzielącego mistrza i ucznia, bowiem jest pewna różnica między biurkiem profesorskim w sali lekcyjnej, a tym stojącym w jego pokoiku.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że Kursy Sądeckie to tylko ciężka praca. Każdego wieczoru odbywają się koncerty we wspomnianej już Małej Galerii, „Sokole” czy Muzeum Okręgowym. Niestety, z tegorocznej edycji Kursu wyjęta została wspaniała sala koncertowa Sądeckiego Ratusza, w której gra jest chyba największą przyjemnością. Starzy bywalcy musieli być z tego powodu zawiedzeni, ponieważ koncerty w Ratuszu były zawsze okazją do spaceru po niewielkiej, ale jakże malowniczej Starówce i Rynku (skądinąd największego po Krakowskim. Sic!!!). Podczas takiego spaceru nie można nie spróbować wyśmienitych lodów, które nie mają nic wspólnego z tymi sprzedawanymi w komercyjnych budkach. To jednak deser. Najpierw należy udać się do Ratuszowej restauracji i skosztować rewelacyjnych domowych pierogów których smak zawsze przypomina mi Nowy Sącz.

Po powrocie z koncertu (zazwyczaj ok. godz. 21) jest jeszcze godzina na ćwiczenie, więc każdy kto chce mieć czyste sumienie i jednocześnie zażyć życia nocnego,  powinien powrócić do wioseł. Jednak dla muzycznych maniaków, jakich gromadzi Sącz, nie jest to problem. Co dziwne, okazuje się,  że mimo całego dnia jaki mamy na ćwiczenie i tak czasu jest za mało.  Jest to często związane  z próbami orkiestry oraz zespołów kameralnych, które pochłaniają sporo czasu ,dając jednak  w zamian wiele radości ze wspólnego grania, a dla części osób, które nie miały w planach koncertowej gry solowej,  jest to okazja do pokazania się na scenie. Warto również wspomnieć, że profesorowie dają szansę gry kameralnej razem z nimi, co jest dla kursanta zarówno wielkim zaszczytem, jak  i możliwością zgłębiania tajników gry kameralnej „smyczek w smyczek” ze swoimi autorytetami.

Każdy turnus kończy się tzw. koncertem finałowym, który jak żaden inny zapada w pamięci. Jego specyfiką jest trudny do przewidzenia czas trwania, nie wspominając o orientacyjnej godzinie występu. Osoby, które chcą zagrać  „na początku”, mogą liczyć na występ w ciągu pierwszych 2 godzin, a te,  których popis ma  zwieńczyć Kurs, muszą uzbroić się w kubek gorącej kawy.  W poprzednich edycjach koncerty kończyły się bowiem o godzinie 1.00 lub 2.00. W tym roku organizatorzy opamiętali się i finałowe występy zakończono o godzinie 23.30, (co wcale nie skróciło czasu koncertu, trwającego blisko 7 godzin).  

I tak dobiega powoli koniec Kursu. Nie oznacza to jednak, że wszyscy ze spuszczonymi głowami idą się pakować. Przed powrotem do akademika należy tradycyjnie odwiedzić najpierw zaciszną kawiarenkę „Spóźniony słowik”. Rzeczywiście jest on spóźniony, bowiem przy nawale pracy na Kursie ciężko jest wygospodarować chwilę na spędzenie tam czasu. Po finałowym koncercie trzeba chociaż przekroczyć progi „Słowika”,  bo nie być  w „Słowiku” to tak jakby nie być w Nowym Sączu.

I niestety przychodzi dzień wyjazdu. Nie słychać już skrzypiec, obojów, klarnetów i śpiewu  w akademiku na Jana Pawła. Muzyka zamiera tu na kolejny rok, aby znów zawitać  w lipcu i sierpniu następnego lata. Szkoda, że trzeba no to tak długo czekać. A może właśnie dlatego sądeckie Kursy są tak niepowtarzalne??? Nie dowie się ten, kto tego nie spróbuje.  

Damian Kułakowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.