Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Reszta jest milczeniem…

Grzegorz Dąbrowski Grzegorz Dąbrowski

To nie był koncert godny Wielkanocnego Festiwalu im. Ludwiga van Beethovena. Wydaje mi się wręcz, że nigdy jeszcze nie wyszedłem z Filharmonii Narodowej tak zły i rozgoryczony. A wszystko zapowiadało się naprawdę pięknie. Repertuar pyszny i wzniosły. Efekt – żenujący.

Już nie po raz pierwszy przekonałem się, że Sinfonia Varsovia ma cudownych solistów w sekcji dętej, a puzony z niezwykłą wirtuozerią zagłuszają wszystkich pozostałych muzyków (patrz II koncert fortepianowy Rachmaninowa w ramach Szalonych Dni Muzyki w ubiegłym roku). To, co dyrygent Hubert Soudant uczynił z wielkiego i pięknego Te Deum Antona Brucknera było poniżej krytyki. Rozkrzyczana sekcja dęta skutecznie zagłuszała chór (o reszcie orkiestry nie wspominając), co najwyraźniej Soudantowi specjalnie nie przeszkadzało. Każdą frazę kończył tak, jakby nic nie znaczyła, ucinał je brutalnie i bez świadomości czasu muzycznego. Chciałbym zadać pytanie holenderskiemu dyrygentowi, dlaczego nie zrezygnował z chóru, skoro i tak nie zależało mu na jego brzmieniu. Jedyne, co udało się dyrygentowi od orkiestry uzyskać, to wielki, pompatyczny wrzask, nijak mający się do wzniosłości muzyki Brucknera. Nie mówiąc już o zakończeniu, równie bezmyślnie urwanym, co pozostałe części. Wśród solistów największą uwagę skupił rozwibrowany tenor (Charles Kim), który za każdym razem miał wyraźne problemy z trafieniem czysto w dźwięk. O chórze niestety niewiele mogę powiedzieć, za to godzinami mógłbym podziwiać moc i potęgę puzonów.

Druga część koncertu była równie zła. IV Symfonia „Romantyczna” Brucknera z romantyzmem miała niewiele wspólnego. Pomijając ewidentne błędy techniczne waltorni i nieuniknione chyba popisy solistyczne puzonów, orkiestra operowała tylko dwoma rodzajami dynamiki: forte fortissimo i względne piano. Nie odnalazłem w tym wykonaniu nic poza odegraniem nut. Soudant nie potrafił wycisnąć z tej symfonii nic interesującego. No może poza fragmentami ostatniej części, które dosłownie na chwilę pobudziły moje zwiędnięte uszy. Przez to karygodne wykonanie samo dzieło Brucknera wydało mi się mieć niewielką wartość artystyczną i być pozbawione jakiejkolwiek koncepcji kompozytorskiej. Całe szczęście jest YouTube, który pomógł mi otrząsnąć się po tym druzgocącym przeżyciu wykonaniem IV Symfonii w wykonaniu Wiener Philharmoniker pod batutą Claudia Abbado.

Odnoszę wrażenie, że organizatorzy festiwalu mają za cel upchnięcie w liście wykonawców jak największej liczby obcojęzycznych nazwisk, co ma niby świadczyć o renomie tego wydarzenia. No to doczekaliśmy się „renomowanego” wykonania, a ja tylko dodam, że gdy 28 marca 2012 roku Te Deum wykonał chór i orkiestra Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina pod dyrekcją Krzysztofa Kusiela – Moroza, brzmiało to o niebo lepiej. Wniosek nasuwa się jeden…

Ach! Zapomniałbym! Te owacje na stojąco i szczególne brawa dla waltorni. Kuriozum, Bareja czy Monty Python? Ręce opadły mi do samej podłogi. Ciekaw jestem tylko, jak warszawska publiczność zamierza wyrazić swój podziw dla muzyków, których gra będzie naprawdę tego warta, skoro wstaje z miejsc po czymś takim!

 

Grzegorz Dąbrowski

 

Recenzja koncertu 17. Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena 21 III 2013 r. o godz. 19.30 w Sali Koncertowej Filharmonii Narodowej

2 odpowiedzi na “Reszta jest milczeniem…”

  1. EduardSeiler napisał(a):

    No już bez przesady… Chyba byłem na innym koncercie w innej Filharmonii Narodowej na innym Beethovenowskim Festiwalu…

  2. mattt napisał(a):

    Kocham owacje na stojąco po niemal każdym, nawet bardzo przeciętnym koncercie festiwalu, jednak jestem zawiedziony że w tym roku jest tak mało klaskania między częściami utworów (na razie tylko na Tokyo String Quartet), to tylko pokazuje jak dużą część publiczności stanowią klasy aspirujące, które o muzyce nie mają wielkiego pojęcia, a kontakt z nią ogranicza się u nich do tego typu imprez.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.