Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Przestrzeń (nie)okiełznana

asd asd

Tak jak ogromny wpływ na percepcję słuchacza ma sposób grania utworu, tak i atmosfera oddziałuje nań w sposób niebagatelny. Dotyczy to głównie muzyki kameralnej, tak często prezentowanej w wielkich salach koncertowych. A przecież jak sama nazwa wskazuje: musica da camera, czyli muzyka do pokoju, komnaty; przeznaczona była do wykonywania w stosunkowo niewielkich pomieszczeniach, komnatach dworskich, jako urozmaicenie spotkań wyższych sfer, by nie powiedzieć – tło.

Ta refleksja naszła mnie podczas koncertu w piątek, 20 kwietnia, kiedy to na scenie Studia Koncertowego im. Witolda Lutosławskiego przy pianoforte zasiadła AlineZylberajch i rozpoczęła swój recital. I choć sama sala ma wspaniałą akustykę, to muzyka C. P. E. Bacha nikła przy jej rozmiarach. Wymagało to od słuchacza niezwykle wyczulonej uwagi, a każdy ruch wśród publiczności zagłuszał wydobywające się dźwięki. Samo brzmienie instrumentu było bardzo interesujące: coś pomiędzy klawesynem a fortepianem, jednak mam wrażenie, że artystka nie do końca wykorzystała możliwości, jakie dawało pianoforte, czyli zróżnicowaniadynamiczne. Ów wynalazek z pierwszych lat XVIII stulecia nie miał jeszcze takiej potęgi brzmienia, jaką daje współczesny fortepian, nic więc dziwnego, że wszelkie zabiegi dynamiczne pianistki spełzały praktycznie na niczym. Nie mówiąc już o tym, że artystka przerywała swoją grę za każdym razem, gdy musiała przewrócić kartkę w swoich nutach, w które wpatrzona była bardzo uważnie. Jak to mówią: lepiej mieć partyturę w głowie, niż głowę w partyturze.

Mimo że C. P. E. Bach może nie był kompozytorem na miarę swojego ojca, to jest twórcą wartym zainteresowania i trzeba przyznać, iż repertuar był dobrany bardzo dobrze i przekrojowo. Niestety, może gdyby wybrano dla tego występu mniejszą, „kameralną” (sic!) salę, jego odbiór byłby lepszy. 

Niesmak po pierwszej części koncertu zażegnał występ niemieckiego cymbalisty afrykańskiego pochodzenia Komalé Akakpo. Doskonale zapełnił przestrzeń Studia swoją osobą, porywając słuchaczy nie tylko jakością brzmienia cymbałów, bogactwem repertuaru (wykonywanego w całości z pamięci), ale i wizualnie. Radość, z jaką oddawał się muzyce, łączenie gry pałeczkami z zarywaniem strun palcami, przy jednoczesnym wyciszaniu tych, które kłóciłyby się z harmonią następnych akordów, czy wreszcie delikatnie układanie całych przedramion na nich przy zakończeniu utworów, naprawdę urzekały.Przy tym wielkie zainteresowanie wzbudzał sam instrument, czy raczej instrumenty, bo na scenie stały dwa. Ze względu na repertuar, jaki był wykonywany na każdym z nich można podzielić występ niemieckiego artysty na dwie części. Pierwsza zdominowana była przez muzykę barokową i grana była na tradycyjnych cymbałach, druga na instrumencie współczesnym, wyposażonym w pedał, wyciszającym struny i posiadającym dużo mocniejsze brzmienie. W tej części Akakpo wykonywał muzykę współczesną wraz ze swoją własną kompozycją „To walk theinnerpassage”. Bardzo interesujące było to połączenie tradycji z nowoczesnością i dawało pogląd na to, że tak naprawdę obie epoki więcej łączy, niż dzieli. 

Zainteresowanie publiczności tak niezwykłym instrumentem, którego tradycja sięga czasów starożytnych, było wielkie. To dlatego, że nieczęsto ma się okazję usłyszeć repertuar klasyczny na cymbałach. I nawet pianoforte nie zrobiło takiego wrażenia, jak ten instrument, czego efektem była grupa ludzi, która zebrała się wokół niego po koncercie, by choć przez chwilę poprzyglądać się jemu i pałeczkom o oryginalnym kształcie z bliska. W pewnym momencie nawet sam artysta wszedł pomiędzy nich, by udzielić mini wykładu o budowie cymbałów i sposobie gry na nim.

Oba występy dają wiele do myślenia nad tym, że nie tylko technika gry się liczy, ale także atmosfera panująca na koncercie. I niestety, wyzwaniem, z którym artysta musi się zmierzyć, jest nie tylko grany przez niego repertuar, ale i przestrzeń, w której ją wykonuje. Komalé Akakpo udało się to znakomicie.

 

Grzegorz Dąbrowski

Recenzja koncertu 20 kwietnia w Studio Koncertowym Polskiego Radia, festiwal Mazovia Goes Baroque.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.