Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Prawykonania weteranów

Grzegorz Dąbrowski Grzegorz Dąbrowski

Wieczór 25.09. w Studio Koncertowym Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego upłynął pod znakiem prawykonań kompozytorów zasłużonych dla muzyki polskiej, o nazwisku wypracowanym przez lata. Swoje nowe utwory przygotowali Zbigniew Bargielski, Rafał Augustyn i Stanisław Krupowicz. Przeglądając program koncertu miałem też wrażenie, iż wieczór ten był dosyć mocno pobrzmiewającym echem koncertu, który odbył się dwa dni wcześniej, poświęconego pamięci Andrzeja Chłopeckiego. Nie można przecież zapominać, że to właśnie z jego inicjatywy Polskie Radio zamówiło Fin de siècle u Krupowicza, czy Trigonalia u Bargielskiego.

Koncert na fortepian, perkusję i orkiestrę symfoniczną Zbigniew Bargielski napisał trochę na przekór sobie. Sam wykształcony pianista, bronił się przed tym instrumentem w swojej twórczości przez bardzo długi czas. Trapił go ten sam problem, który dotyka innych kompozytorów od wielu już lat: fortepian w swej prawie trzysta lat trwającej historii zdążył się już wyeksploatować. Dlatego Bargielski przydzielił mu dwóch partnerów: solistycznie potraktowaną perkusję i asystenta, preparującego fortepian. Mimo, że Bargielski nie powiedział nic nowego poprzez to, klasyczne skądinąd medium, to zdecydowanie udał mu się bardzo zręczny i wyrafinowany żart. Konstrukcja utworu przypominała rozsypane puzzle, z których poszczególne były prezentowane i opracowywane w ciekawy brzmieniowo sposób (oryginalny, a jednocześnie dziwnie piękny…), a na końcu połączone w całość. Przewrotnym okazał się finał Koncertu, w którym po ustępach aleatorycznych i poszatkowanych, atonalnych harmoniach, pojawił się nagle gershwinowski temat, urwany równie nagle, jak się pojawił… Partię solowe wykonali Małgorzata Walentynowicz (fortepian) i Jan Pilch (perkusja). Polską Orkiestrę Radiową poprowadził Renato Rivolta.

Kantata nr 4  na wiolonczelę i akordeon Bruno Mantovaniego twórczo korespondowała z dorobkiem Jana Sebastiana Bacha poprzez wykorzystanie tekstu Paula Tymicha Komm, Jesu, Komm!, (opracowanych muzycznie przez lipskiego kantora) oraz role przyznane wiolonczeli i akordeonowi (których partie wykonał młody, a już zasłużony TWOgether Duo w składzie Magdalena Bojanowicz i Maciej Frąckiewicz). Akordeon, ze swym quasi organowym brzmieniem, spełniał rolę basso continuo, natomiast wiolonczela miała wirtuozowską, a przez to niezwykle trudną, solistyczną partię. Ponadto zachowane zostały zręby formy kantaty, co widoczne było w warstwie chóralnej (w tej roli świetna Camerata Silesia). Utwór ten nawiązywał twórczy dialog z osiągnięciami dalekiej przeszłości, której de facto formalnie bliżej do współczesności, niż muzyce np. romantyzmu.

Po przerwie zabrzmiał napisany na duży i interesujący skład utwór Tam. Muzyka na skrzypce, głosy i instrumenty Rafała Augustyna. Miejsce kwintetu smyczkowego zajął Chór Filharmonii Wrocławskiej, otaczający półkolem skrzypaczkę i śpiewający poezję Leśmiana, nie zawsze dosłownie, częściej na zasadzie rozmontowanych struktur brzmieniowych, co dawało interesujący efekt. Trochę jednak archaicznie brzmiały unisona chóru, kantylenowe frazy, rozmigotane współbrzmienia. Partia skrzypiec (wykonana przez Christine Pryn, której utwór jest dedykowany), celowo trochę zgłuszona, była równie wymagająca, co przejmująca i to ona przykuwała największą moją uwagę, gdy wytężałem słuch, chcąc dosłyszeć delikatnie przebijający się przez chóralny mur dźwięk.

Na zakończenie zabrzmiały Machinae coelestes Stanisława Krupowicza, na sopran, chór, komputery i orkiestrę, utwór zamówiony przez Warszawską Jesień i Centrum Badań Kosmicznych PAN dla upamiętnienia budowy drugiego polskiego satelity „Heweliusz”. Kompozytor podszedł do zamówienia bardzo dosłownie. Chór bowiem śpiewał pełny tytuł dzieła Heweliusza Machinae coelestis pars posterior oraz cytaty z Biblii, które służyły astronomowi za motto. Warstwa muzyczna opierała się na opracowanym przez Krupowicza „kosmicznym” systemie harmonicznym. Zacytujmy kompozytora: „Osiem planet Układu Słonecznego generuje szesnaście okresowych fal akustycznych, po dwie każda, które są wynikiem obrotu tych planet wokół własnej osi oraz ruchu okrężnego wokół słońca”. Niestety dźwięki te nie wchodzą w zakres częstotliwości słyszanych przez człowieka (choć podobno Pitagoras słyszał harmonię sfer). Krupowicz jednak przetransponował je o ok. trzydzieści oktaw w górę i tak uzyskał ciąg interwałów, na których oparł harmonię swojego utworu (co ciekawe, interwał Ziemi to… tryton). Ciekawa idea została interesująco zrealizowana. Elektroniczny prolog tworzyły  przetworzone na język dźwięków fale elektromagnetyczne, które Voyager pobrał od m.in. Jowisza. Głos chóru przetwarzany był przez komputery, które wydobywały zeń dodatkowe alikwoty, orkiestra zaś zadziwiająco płynnie balansowała między konsonującymi, czasem wręcz tonalnymi współbrzmieniami, a zgrzytliwą harmonią, nawet klasterami w finale. Jednak moim zdaniem dołożenie do i tak gęstej obsady głosu solowego było już przerostem formy nad treścią. Jakkolwiek ładnie wykonana była partia sopranu (Magdalena Szostak-Krupowicz), nie pasowała do dramaturgii dzieła, trochę ją nawet burzyła. Nie zaprzeczę jednak, że podobał mi się kompozytorski pomysł i jego realizacja, a wszystkie usłyszane tego wieczoru utwory dały mi dziwne ukojenie, może ze względu na nawiązania do tonalności (w której wszyscy wyrastamy), czy klarowność formy, niezwykłą umiejętność zwłaszcza w muzyce współczesnej, której tak niewielu kompozytorów na tegorocznej edycji Warszawskiej Jesieni zaprezentowało.

 

Grzegorz Dąbrowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.