Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Pięciu kompozytorów, czworo wykonawców, dwa instrumenty

Grzegorz Dąbrowski Grzegorz Dąbrowski

Muszę przyznać, że Filharmonia Narodowa zrobiła entuzjastom muzyki współczesnej nieoczekiwany prezent. Wtorkowy wieczór zapisał się bowiem w mojej pamięci jako uczta bogata i sycąca, ale jednocześnie esencjonalna i skromna w doborze składników.

Pięciu kompozytorów, czworo wykonawców, dwa instrumenty. Główną rolę na scenie odgrywał fortepian w różnych konfiguracjach: solo w utworach Rudzińskiego i Stockhausena, w duecie w kompozycjach Ligetiego i Szymańskiego i trio z klarnetem, jako wisienką na torcie w utworze Knapika. Dużo informacji, mało konkretów. Uporządkujmy je zatem.

Koncert rozpoczęła Sonata Zbigniewa Rudzińskiego na fortepian solo w wykonaniu Macieja Grzybowskiego. Dzieło to wyprowadziło mnie z nizin intelektualnego pojmowania rzeczywistości w przestworza czystego, niczym nieskrępowanego przepływu muzycznego materiału, który swym pozornym amorfizmem zamknął przede mną drogę analityczną i krytyczną. Postanowiłem pozostać w tym stanie do końca. Efekt okazał się piorunujący, gdy Grzybowski wraz z Maciejem Piszkiem rozpoczęli pierwszy z Trzech utworów na 2 fortepiany György Ligetiego. Zbombardowali mnie serią akordów, wymykających się miarom metrycznym, tworząc konstrukcję bardzo wyrazistą, a stanowiącą szokujący kontrast dla klejącej się niespiesznie formy Sonaty. Nie zdziwi zatem nikogo fakt, że pierwszy utwór nosił tytuł Monument. Kolejna część tryptyku Ligetiego to Autoportret z Reichem i Riley’em (i Chopinem w tle). Efekty brzmieniowe, jakby „ogrywania” poszczególnych nut dźwiękami, które są wokół, tworzyły ciekawą atmosferę, a nazwiska kompozytorów (szczególnie Reicha i Riley’a) świadczyły o pewnych nawiązaniach kompozytora do rozwiązań technicznych wymienionych twórców. Ostatnia część Bewegung (Ruch) odwoływała się do części pierwszej, a sam Ligeti mówił o niej jako „skroplonym/ciekłym” wariancie części pierwszej. Ciekawie brzmi to w kontekście swoistego wyparowywania muzyki pod sam koniec.

Pierwszą część koncertu zamknął jeden z dwóch moich faworytów tego wieczoru: Klavierstück IX Karlheinza Stockhausena na fortepian solo w wykonaniu Macieja Grzybowskiego. Kompozycja, która początkowym impetem mogłaby być porównana do Monumentu Ligetiego, odpłynęła jednak w zupełnie inny wymiar. Wyruszyła w podróż przekraczającą o lata świetlne bramy percepcji intelektualnej. Jak pisze Grzybowski (widać nie tylko wykonawca, ale i autor tekstu do programu koncertu): „Kompozytor misternie dekomponuje naszą jaźń z jej wszelkimi atrybutami. Lecowskiemu <ile mózg mógłby zdziałać, gdyby nie musiał myśleć> Stockhausen stawia śmiałe wyzwanie.” Dodam tylko, że wyzwanie zakończone sukcesem…

Grzybowski, w którego dorobku naczelną rolę zajmuje interpretacja muzyki współczesnej, po raz kolejny pokazał swój ogromny kunszt i to, jak bardzo otwartym mentalnie jest artystą. Ma on bowiem w sobie tę świadomość ciągłej reinterpretacji (sztuki, ale i siebie samego), czy, jak sam mówi „permanentnej hermeneutyki”, która pozwala mu spojrzeć na muzykę okiem trzeźwym i świeżym. Jest muzykiem gotowym i zdolnym przyjąć kształt naczynia, w którym się znajduje, a ta cecha wyróżnia tylko największych artystów.

Drugą część koncertu rozpoczęło Epitafium na dwa fortepiany Pawła Szymańskiego, kompozytora sezonu 2012/2013, o czym powinienem był wspomnieć na początku, tak jak i o tym, że cały wieczór odbył się pod szyldem „Paweł Szymański zaprasza”.

Dzieło dwudziestoletniego wówczas kompozytora było ogromnym wyzwaniem dla pianistów, którzy musieli być w nieustannym kontakcie wzrokowym, by informować się o wejściach i utrzymać w „pulsie” tej ametrycznej kompozycji. Był to mój drugi faworyt, wciągający w szaleńczą gonitwę brzmień i współbrzmień i pozwalający napawać się muzycznym katharsis i trochę bardziej (zdawać by się mogło) uładzonym finałem.

Koncert zamknął utwór Eugeniusza Knapika Tha’ Munnot Waste No Time na trzy fortepiany i klarnet. Przy fortepianach zasiedli Grzybowski, Piszek i Joanna Wicherek, a partię klarnetu wykonał Julian Paprocki. Świetnie zapowiadający się w pierwszych minutach utwór zabił moim zdaniem czas, w sensie trwania utworu. Mógł był być krótszy, bardziej zwarty, pozostawiający odbiorcę w stanie raczej niedosytu niż przesytu.

Cały występ wypadł znakomicie i z radością przyznaję, że ani wieczorna pora w środku tygodnia, ani niekonwencjonalny repertuar nie odstraszył melomanów i Sala Kameralna Filharmonii Narodowej była wypełniona niemal po brzegi. To budujący widok w czasach, w których muzyka współczesna traktowana jest po macoszemu. Teraz czekam już tylko na kolejne zaproszenie Pawła Szymańskiego.

Grzegorz Dąbrowski

Recenzja koncertu, który odbył się 20 listopada 2012 r. w Sali Kameralnej Filharmonii Narodowej

Na zdjęciach Paweł Szymański. Fot. 1, ukasz Rajchert/Archiwum Wratislavii Cantans. Fot. 2, Marek Suchecki, za: „Ruch Muzyczny”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.