Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Perfekcyjnie czy uczuciowo

asd asd

Wątpliwości dotyczące stroju, rodzajów instrumentów, strun, czy techniki gry, podzieliły środowisko muzyczne i muzykologiczne tworząc wiele praktyk, z których każda miała rację i każda nawzajem się zwalczała, a rewolucja, którą z początku była, zamieniła się w chleb powszedni. Jednak pytania, jakie nasunęły mi się w trakcie koncertu w niedzielę, 18 marca dotyczyły innego zagadnienia: czy wykonanie nabiera wartości dopiero, gdy jest perfekcyjne? Czy wyrazistość interpretacji może zatuszować błędy techniczne? 

I wreszcie, które kryterium jest ważniejsze: „czucie i wiara” czy „mędrca szkiełko i oko?”

To ostatnie skojarzenie z poezją Naszego wieszcza jest nieprzypadkowe, bowiem właśnie romantyzm położył kamień węgielny pod dzisiejsze rozumienie dobrego wykonania muzycznego: z jednej strony stawiając największy nacisk na warstwę emocjonalną dzieła, z drugiej pozostawiając wykonawcę jedynie w roli podrzędnej – odtwórczej. Notacja muzyki rozwinęła się bowiem do rozmiarów, w których praktycznie cała wiedza zawarta była w partyturze. Artyści dali wolność, ale sobie, w przeciwieństwie do kompozytorów doby baroku, którzy swobodę oddali wykonawcy, czyniąc z utworu muzycznego dzieło 

 nie domknięte, otwarte na różne sposoby realizacji np. ozdobników, czy składu instrumentalnego. Muzyka, którą zaprezentował znakomity duet Arparla, to kwintesencja XVII-wiecznej mentalności: to swoboda ujęta w formalne ramy, a także posługiwanie się rozmaitą symboliką wyrazową, gdzie muzyce potrzebny jest także gest sceniczny. Maria Cleary i Davide Monti grali, jakby prowadzili ze sobą rozmowę, intymną, ale pełną uczucia. A toczyła się oczywiście wokół miłości, tematu naczelnego świeckiej sztuki dźwięku. Lekkość i przejrzystość, z jaką oblubieńcy wyznawali sobie miłość poprzez jasność brzmienia skrzypiec i perlistą fakturę harfy, urozmaicona była grą sceniczną obojga wykonawców. Wobec tego muzykę tę także wspaniale się oglądało. Szczególnie, gdy przyszedł moment, w którym Davide Monti bardzo się starał, by zainteresować wybrankę swą popisową grą. Kroczył po scenie to zbliżając się do niej, ukrytej za potężnym stelażem harfy, to cofając się, jakby wszelkimi możliwymi sposobami chciał zwrócił jej uwagę na siebie. Niestety spotkało się to z wyraźną obojętnością damy serca, która z niewzruszoną miną realizowała skąpe  continuo. 

Ich interpretacja muzyki była wspaniała, a przy niej wszelkie błędy techniczne, stawały się urozmaiceniem lub chowały w cieniu. 

Co innego niestety powiedzieć trzeba o drugiej części koncertu – wykonaniu „Wariacji Goldbergowskich” Bacha przez duńskiego akordeonistę Andreasa Borregaarda. To wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Sam pomysł był bardzo interesujący, powiem wręcz, że barokowy! Wykonać słynne dzieło lipskiego kantora na tak niekonwencjonalnym instrumencie, jak akordeon. Instrumencie, notabene, o bardzo ładnym, organowym brzmieniu. Niestety pomysł technicznie przerósł artystę. Już od samego wyjścia muzyka na scenę zapanowała trudna do wyrażenia atmosfera napięcia. Borregaard siedział dłuższą chwilę, nim rozpoczął, jakby zmagał się z myślami, czy w ogóle zaczynać. I chyba nadał sobie zbyt szybkie tempo, bo już w jednej z pierwszych wariacji potknął się tak, iż musiał przerwać i zacząć grę od jakiegoś momentu, co u wykonawcy światowej miary jest niedopuszczalne. Poza tym, specyfika gry na akordeonie owszem pozwala na zróżnicowania dynamiczne, ale zawsze pozostawiając wyższe rejestry w roli dominującej nad tymi niższymi. A niestety polifonia często oddaje pierwszeństwo także i lewej ręce. Ale, czy należy zatem potępić artystę za kiepskie wykonanie? Fakt, Andreas Borregaard na pewno zapamięta ten dzień do końca życia, ale błędy popełnia każdy i chyba w interesie naszym, słuchaczy, jest puścić ten występ w niepamięć, mając w perspektywie, iż ten człowiek jest naprawdę świetnym akordeonistą, który 18 marca może był w nienajlepszej formie… 

Koncert jest wykonawczą loterią, zwłaszcza, gdy oglądamy na scenie i słuchamy artysty, którego wcześniej nie znaliśmy. To, czy opuścimy salę koncertową zadowoleni, czy rozgoryczeni pozostaje niewiadomą, aż do samego końca. Ale to jest w muzyce wykonywanej i słuchanej na żywo najpiękniejsze: dostarcza wielu przeżyć, skłania do refleksji oraz, a może przede wszystkim, wzbudza dyskusję.

 

Grzegorz Dąbrowski

 

Recenzja koncertu 18 marca 2012 r., festiwal Mazovia Goes Baroque.

 

Grzegorz Dąbrowski jest laureatem III nagrody konkursu MG/MGB w kategorii szkół muzycznych. Mieszka w Warszawie, kształci się w grze na kontrabasie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.