Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Penderecki pod palcami chuligana

Grzegorz Dąbrowski Grzegorz Dąbrowski

Grzegorz Dąbrowski: Jesteś wśród jazzmanów młodego pokolenia osobą bardzo oryginalną.

 

Piotr Orzechowski: Od dawna poszukuję w sobie nieznanego pierwiastka, szukam języka wyrazowego, którym mógłbym najwierniej oddać emocje, cieszę się, że w miarę wcześnie zdałem sobie sprawę z potencjału osobowości, jaki nosi w sobie wielu z nas. W twórczości nie sięgam tylko po to, co w jazzie stereotypowe, po harmonię, charakterystyczną rytmikę, puls. To nie jest dla mnie najważniejsze, w przeciwieństwie do ludzi, którzy te elementy kiedyś wykreowali. Tego typu elementy powinny być rozwijane dalej.  

 

Dlaczego zdecydowałeś się wziąć na warsztat muzykę Pendereckiego?

 

Poczułem, że potrzebuję alternatywnych środków ekspresji, których zacząłem szukać na fortepianie. Z początku nie miało to związku z muzyką Pendereckiego. Nowe, sonorystyczne przemyślenia zdecydowałem się udokumentować korzystając z bogatej twórczości Krzysztofa Pendereckiego. To było świetne odniesienie, a zarazem wysoko postawiona poprzeczka. Pierwszy etap twórczości kompozytora jest dla mnie bardzo ciekawy, radykalny, lecz interesuje mnie w nim przede wszystkim warstwa emocjonalna, swoista falowość tej muzyki. W Trenie czy Polymorphii wyczuwam emocje, które są mi bliskie. Nieco zakamuflowane, ale jednak autentyczne. W moim odczuciu otworzyłem się na nowy świat dźwięków, które bardzo mi pomogły. Zawsze skupiałem się głównie na rozwoju języka harmonicznego jazzu, wzbogacaniem go o osiągnięcia kompozytorów klasycznych itp. Sonoryzm mnie stymuluje, dodał do mojej gry ciekawą energię. Materiału na płytę nie stanowiły utwory dobrze przeze mnie znane i ograne – moim celem było nagranie muzyki, nad którą aktualnie pracowałem, chciałem w niej pokazać, że się z czymś zmierzyłem, podjąłem wyzwanie.

 

Pomysł aranżacji utworów Pendereckiego na fortepianie jest przewrotny. Jak kompozytor na niego zareagował?

 

Rzeczywiście, Krzysztof Penderecki nie pisze utworów na ten instrument. Wiele nurtów muzyki współczesnej wyklucza fortepian, jako nienadający się do dalszych eksperymentów. Penderecki w swojej twórczości skupiał się na wydobyciu walorów akustycznych z innych instrumentów czy głosu ludzkiego. Było dla niego dużym zaskoczeniem, że chcę wykonać jego muzykę na fortepianie. Oczywiście wcześniej dogłębnie przemyślałem temat. Spotkałem się z Profesorem dopiero, gdy byłem już gotowy do nagrywania. Spotkanie zaaranżował Filip Berkowicz, który umożliwił mi dotarcie do kompozytora. Przedstawiłem wtedy cały mój pomysł na jego muzykę, starałem się przedstawić tę wizję jak najdokładniej. Sama idea nawet dla mnie na pierwszy rzut oka wydaje się szalona, lecz nigdy nie podjąłbym się czegoś szalonego, gdybym nie wierzył, że to się powiedzie. Fakt, miałem wątpliwości, ale na tym polegał cały eksperyment, na skonfrontowaniu się z nimi i stawieniu im czoła. Kompozytor z początku miał nastawienie neutralne, później jednak mnie zrozumiał, dostrzegł, że nie jestem tylko szczylem, który chce poszaleć przy instrumencie i zrobić z tego show. Ewidentnie zaczął brać mnie na poważnie, kiedy przedstawiłem mu cały plan, mówiłem o jego twórczości, utworach, poszczególnych taktach. Wyraził szczególne zainteresowanie względem tych większych form, takich jak Polymorphia, co do których miał wątpliwości, czy możliwe jest ich wykonanie na fortepianie. Na koniec sam podsunął mi pomysł na jeszcze jeden utwór, którego wcześniej nie znałem – Arię z Trzech utworów w dawnym stylu. Przesłuchałem ją i postanowiłem nagrać, dołączając do niej pięć wariacji.

 

Ciekaw byłem reakcji Pendereckiego także dlatego, że kompozytor za fortepianem nie przepada.

 

To prawda, ale mówił mi o wielu pianistach, których ceni i o tym że fascynuje go muzyka fortepianowa. Profesor po prostu nie widzi w swoich utworach. Np. jego koncert fortepianowy nie jest zbyt nowatorski i nawiązuje raczej do późnego Szostakowicza, czy „odharmonizowanego” Prokofiewa.

 

Jak przebiegło pierwsze spotkanie z kompozytorem?

 

Krzysztof Penderecki zaprosił mnie do siebie po wcześniejszym wysłuchaniu mojej wersji Polymorphii. Przesłuchaliśmy wtedy cały materiał. Po tej sesji Profesor stwierdził, że faktycznie jest coś w tej interpretacji, co otworzyło mu oczy. Te słowa zrobiły na mnie ogromne wrażenie. W ogóle, całe to spotkanie było mocnym przeżyciem. Wiadomo, że Penderecki zna te utwory najlepiej, a ja zaproponowałem mu bardzo osobiste na nie spojrzenie. Nie ukrywam, że była to dla mnie sytuacja cholernie stresująca. Przez cały czas przesłuchiwania moich nagrań siedziałem jak na szpilkach. Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdyby mu się nie spodobało. Wszystko jednak potoczyło się szczęśliwie i bardzo mnie cieszy, że kompozytor docenił to nowe spojrzenie na swoje utwory.

 

Jakie kryteria wyboru obrałeś?

 

Przede wszystkim chciałem opracować moje ulubione, radykalne utwory z pierwszego okresu twórczości po to, by udowodnić sobie, że to się da zrobić. Chciałem również jeszcze bardziej uzewnętrznić kryjące się w nich emocje. Pojawiły się także utwory z późniejszych lat, tu kryterium był po prostu mój gust muzyczny, wybierałem utwory, które mi się podobały. Z lat 90. jest Sinfonietta per archi. To dzieło nacechowane jest szczególnymi zwrotami harmonicznymi i rytmicznymi, charakterystycznymi dla późniejszego okresu twórczości. Te walory również chciałem uwypuklić, improwizować w języku muzycznym kompozytora. Co dzieło, to inny okres, i fascynujące stało się dla mnie wtapianie w te myśli, odkrywanie procesu twórczego, a później konfrontacja moich odkryć z twórcą.

 

W tytule Twojej płyty pojawia się słowo „eksperyment”. Czy mógłbyś uchylić rąbka tajemnicy, dlaczego niektóre utwory postanowiłeś po prostu „zagrać” na fortepianie, a z innych uczyniłeś inspirację do improwizacji?

 

Tu kierowałem się tą samą zasadą, jaką kieruję się w jazzie. Dla mnie najważniejszy jest szacunek dla kompozytora utworu, który wykonuję. Jeżeli są to piosenki musicalowe z dawnych lat, które później zostały przerabiane przez jazzmanów na różne sposoby, to ja najpierw chcę dotrzeć do źródła powstania tego utworu i zobaczyć, co dokładnie kompozytor chciał przekazać, jakie emocje chciał zawrzeć. I muszę ten utwór poznać w formie podstawowej, muszę zagrać go w zgodzie z intencjami kompozytora. W przypadku muzyki Pendereckiego uczyniłem to samo. Za każdym razem zadaję sobie to samo pytanie i moja odpowiedź musi być szczera: czy utwór pozwala mi na interpretację, czy i jakim stopniu pozwala mi na odejście w improwizację. Poziom mojego wkładu w utwór zależy już ode mnie, ale ramy wyznacza i tak sama kompozycja. W przypadku Polymorphii moja odpowiedź na pierwsze pytanie była negatywna, zostawiłem ten utwór w formie partyturowej, ponieważ bardzo ważna jest w nim forma. Stabat Mater z kolei pozwoliło mi na wychylenia od formy. Capriccio per oboe jest przykładem utworu, który warto zagrać w całości, a przynajmniej zaprezentować wszystkie tematy. Są jednak w tym utworze fragmenty, które starałem się pokazać na własny sposób. Przed interpretacją utwór należy dogłębnie poznać.

 

Ciekawi mnie jak realizujesz ten wielki, rozszerzający się klaster w Polymorphii.

 

Bałem się, że Polymorphia przerośnie mnie w swoich wymaganiach i, że będę musiał ja odrzucić, podobnie jak odrzuciłem Tren, który również miałem zagrać. Udało mi się, lecz nie chcę zdradzać takich szczegółów.

 

 

W Twojej interpretacji Polymorphii akord C-dur, ten zwyczajny, a jakże szokujący w kontekście całego utworu akord, był „zabrudzony”. Dlaczego?

 

To jest przewrotne finalis tego dzieła. Główny i najdziwniejszy zarazem jego element. Ja również chciałem za jego pomocą oddać coś nieokreślonego, ale jednak mojego.

 

Połowa utworów na tej płycie grana jest na Rhodesie. Dlaczego wybór padł na ten instrument?

 

Bardzo go lubię i dzięki temu wiem, co na nim najlepiej brzmi. Wiedziałem, ze Aria zabrzmi dobrze – i rzeczywiście zabrzmiała tak, że dograłem do niej w studio wspomniane już wariacje sonorystyczne. Ten instrument ma potencjał i chciałem go na płycie zaprezentować.

 

A jak się mają Twoje zainteresowania filmowe?

 

Z biegiem czasu czuję się coraz mniej kompetentny, żeby o tym mówić. Jeszcze niedawno byłem świeżo po wygranej konkursu filmowego, jednak im bardziej się od tego oddalam, większe mam wątpliwości czy kiedykolwiek do tego wrócę. Wiem jedno: gdybym nie był muzykiem, poszedłbym w stronę filmu. I nie wiem, czy reżyserii, czy aktorstwa. Na pewno byłbym filmowcem.

 

Czy masz na horyzoncie jakieś plany koncertowe związane z repertuarem Twojego eksperymentu?

 

Tak. Będzie kilka takich koncertów. W kwietniu będę grał na Dniach Muzyki Nowej w Gdańsku, a 8 czerwca w Europejskim Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach. Materiału z tej płyty nie gram na małych koncertach, zostawiam go na duże wydarzenia.

 

Czy według Ciebie daleka jest droga od jazzu do muzyki klasycznej?

 

Tak, myślę, że nawet bardzo daleka, z tym że jest to droga, którą muzycy z obu stron powinni próbować pokonywać. Nieważny jest efekt końcowy, najważniejsze jest podjęcie próby, ono przynosi rozwój dla obu dziedzin. A im bardziej merytoryczne są te poszukiwania, tym lepiej. Tu w Europie jest potrzeba innego potraktowania jazzu. Wielu ludzi ma potencjał improwizacyjny, ale sądzę, ze próba kopiowania muzyków amerykańskich jest bezcelowa. Stworzenie czegoś osobistego, na bazie swojego własnego backgroundu– tego oczekuję od muzyków i od siebie.

 

Co Ty, jako Piotr Orzechowski, jako Pianohooligan, jako człowiek, chcesz przekazać w swojej muzyce?

 

To, co mnie najbardziej denerwuje, to kiedy muzyk nie jest otwarty na inne formy sztuki, gdy zamknięty jest w jednym gatunku i swoją emocjonalność próbuje wtopić w inną osobowość, która go fascynuje. To jest niedopuszczalna sytuacja. Mówię to z perspektywy jazzmana, a u muzyków jazzowych szeroki horyzont jest niezbędny. Wąskie myślenie mnie denerwuje. A cały mój wizerunek, to chuligaństwo wynika z tej konstatacji. Moim najszczerszym przekazem jest grać siebie, a nie kopiować osobowości innych.

 

Rozmawiał Grzegorz Dąbrowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.