Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Penderecki i Szymański na początek

Magdalena Białecka Magdalena Białecka

Sezon 2011/2012 rozpoczął utwór Pawła Łukaszewskiego. W tym roku zaś, oprócz Koncertu skrzypcowego D-dur Johannesa Brahmsa, podczas inauguracji zabrzmiały kompozycje Pawła Szymańskiego i Krzysztofa Pendereckiego.

Jedyną artystką zagraniczną zaproszoną do udziału w koncercie była brytyjska skrzypaczka Tasmin Little. Jej nieprzeciętna fantazja wykracza poza zakres kreowania światów dźwiękowych: Little znana jest bowiem z nowatorskich pomysłów dotyczących propagowania muzyki skrzypcowej. Mam na myśli wykorzystywanie internetu jako medium, przez które dociera do słuchaczy jako solistka i nauczycielka.

Brahmsa wykonała z pożądaną powściągliwością, która dopuszczała jednak do głosu liryczny pierwiastek wykonania. Subtelności takie jak niezwykle precyzyjne tryle w dwugłosie czy rozwijanie dynamiki na długich nutach dodawały wykonaniu wartości. Lekkość interpretacji solistki kontrastowała z nazbyt dosadną grą orkiestry.

Wybór utworu Pawła Szymańskiego, który zaprezentowano na koncercie inauguracyjnym, był bardzo zaskakujący. Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Narodowej pod dyrekcją Antoniego Wita wykonała jego młodzieńczy utwór K. z 1972 roku. Został w nim wykorzystany zapoczątkowany przez Witolda Lutosławskiego aleatoryzm kontrolowany. Mimo że można uznać go za świadectwo ogromnego talentu i wyraźnego stylu kompozytorskiego 17-letniego wówczas kompozytora, moim zdaniem z perspektywy dojrzałych kompozycji Pawła Szymańskiego, wiele mu brakuje.

W programie znalazła się również kompozycja Krzysztofa Pendereckiego z 2010 roku, zamówiona przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina z okazji Roku Chopinowskiego. To „Powiało na mnie morze snów…”. Pieśni zadumy i nostalgii. Jest to cykl pieśni do wierszy polskich XIX- i XX-wiecznych poetów. Składa się z trzech części: pierwszą określiłabym jako ekstremalnie liryczną, drugą jako niepokojącą, zaś trzecia, o podniosłym i dramatycznym charakterze, wprost nawiązuje do śmierci Chopina, głównie dzięki wielokrotnemu stosowaniu w niej fragmentów Norwidowskiego Fortepianu Chopina. Utwór muzycznie dobrze funkcjonuje jako całość. Jest pełen ciekawych zabiegów ilustracyjnych, np. opadający kierunek melodii na słowa „Chrystus kona”, teksty o wymowie religijnej powierzone chórowi a capella, wyrazisty rytm obrazujący kroki. Jednakże wybrane teksty poetów o bardzo odmiennych założeniach artystycznych, estetyce i stylistyce nie całkiem do siebie pasowały.

Powiało na mnie morze snów…, utwór adekwatny do okazji, na którą został zamówiony, w kontekście inauguracji sezonu artystycznego nie wypadł zbyt dobrze. Jego romantyczny charakter – zarówno jeśli chodzi o harmonię oraz monumentalne kształtowanie formy, jak i tematykę – był zdecydowanie za ciężki. Odczułam w utworze zbyt wiele patosu, a brakowało mi prawdziwej, głębokiej ekspresji. Myślę, że przede wszystkim śpiewacy powinni byli włożyć w występ więcej duszy. Przypomnę, że jako soliści wystąpili Ewa Marciniec (alt), Jarosław Bręk (baryton) i Katarzyna Hołysz (sopran), która zastąpiła niedysponowaną Olgę Pasiecznik.

Magdalena Białecka

 
NA ZDJĘCIU: Antoni Wit, fot. Filharmonia Narodowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.