Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Operowy debiut Szymańskiego

asd asd

Opera rozpoczyna się prologiem, w którym poznajemy główną bohaterkę – tytułową Qudsję, afgańską uciekinierkę z Trzeciego Świata. Statek, którym płynie po Morzu Bałtyckim, tonie, ona sama rzuca się do wody. Akcja przenosi się na dno morza, do poczekalni Wieczności. Okazuje się, że Qudsja nie może wyruszyć w podróż do krainy wiecznego trwania, gdyż nie ma złotej monety, która jest biletem na drugą stronę. W akcie pierwszym cofamy się o tysiąc lat do czasów poprzedniego wcielenia Qudsji, kiedy nazywała się ona Astrid i była mieszkanką skandynawskich lądów. W całą opowieść wprowadza nas Nauczyciel (Andrzej Niemirski), który wraz z towarzyszeniem chóru chłopięcego opowiada historię Astrid, daje świadectwo historii i strzeże jej prawości. Otóż w akcie II okazuje się, że Astrid tysiąc lat temu również trafiła do przedsionka Wieczności i zapłaciła za podróż. Kompozytor nie zróżnicował muzycznie obu bohaterek, dlatego ciężko było się zorientować, która z nich jest aktualnie scenie – obie zaś kreowała Olga Pasiecznik (sopran). 

Opera Szymańskiego została ukończona w 2005 r., na jej prawykonanie trzeba było czekać aż osiem lat. Dzieło to ukazuje mroczną stronę ludzkiego życia, rozważania i spojrzenie na temat śmierci i wiecznej tułaczki. Paweł Szymański idealnie oddał w muzyce to, co zostało zapisane w libretcie. Ciężko nazwać ją operą. Jest to jak gdyby opowieść dramatyczna z muzyką i śpiewem w tle. Wskazuje na to deklamacyjna – ostinatowa, basowa partia Przewoźnika, przetwarzana elektronicznie, rola Nauczyciela – w całości mówiona, chór chłopięcy więcej rytmicznie deklamuje niż śpiewa, jedynie partia Qudsji jest w całości śpiewana, lecz w moim odczuciu jest to bardziej lament, niż śpiew znany nam w operze. Muzyka ma funkcje podkreślającą dramatyzm, ma wprowadzić słuchacza momentami w trans i otworzyć jego duszę i umysł na to, co opera ma przekazać. Jest to dość zamierzonym efektem jaki zastosował kompozytor. Ma to skłonić słuchacza do refleksji nad życiem i do innego spojrzenia na problem śmierci.

Spektakl rozpoczyna spokojny, lecz złowrogi szum fal, wprowadzający widza w nastrój i charakter opery i pełniący funkcje interludium bądź uwertury. Następnie mamy dość złowrogie wejście orkiestry i lament Qudsji. Byłem pełen podziwu dla kunsztu i klasy Olgi Pasiecznik, która całą partie pomimo jej dużego stopnia trudności od pierwszych dźwięków aż po sam koniec spektaklu zaśpiewała wspaniale. Jestem tym bardziej pod wrażeniem, bo jak sama wspomniała – w tej operze mamy do czynienia z różnymi rodzajami śpiewu – od klasycznego, wręcz akademickiego poprzez śpiew biały aż do śpiewu pierwotnego. Każdy z tych rodzajów wydobywania dźwięku jest obciążony ogromnym bagażem emocjonalnym co niewątpliwie utrudnia zadanie solistce. 

Partie wokalne – Qudsja/Astrid oraz Przewoźnik (Damian Konieczek) stanowiły nie lada zadanie dla odtwórców. Przewoźnik – rola napisana na bas, była podczas spektaklu poddawana elektronicznym przetworzeniom (live electronics), co sprawiało wrażenie, jakby głos wydobywał się z dna morza, co jeszcze bardziej podkreślało miejsce akcji opery. Pomimo, iż muzycznie partia nie miała dużych trudności o tyle ta modulacja mogła być uciążliwa dla solisty, lecz Damian Konieczek spisał się znakomicie. Partia Qudsji jak już wspomniałem, charakteryzuje się różnymi sposobami wydobywania dźwięku, co dla solistki klasycznej jest dość trudnym zadaniem, lecz Olga Pasiecznik podołała temu zadaniu i moim zdaniem nie zawiodła kompozytora, który przyznał, że operę „pisał mając w uszach głos Olgi”. Świetnie wydobyła każdy niuans, każde napięcie dramatyczne, ubierając to we wspaniałą grę aktorską, godną największych aktorek teatralnych. Pokazała pełen profesjonalizm i pokazała, że nie ma granic w śpiewie zarówno pod kątem technicznym jak i wyrazowym. Otóż jak już wspomniałem o grze aktorskiej, to w tej operze właśnie gra aktorska, gra emocjami, ciałem, gestem odgrywa większą rolę niż sam śpiew, co potwierdza moje początkowe podważenie nazwania dzieła Pawła Szymańskiego Operą. Śpiew – lament – podkreśla ciężar tematu śmierci i jego roli w życiu każdego z nas. 

Chór mieszany jak i chłopięcy miał niełatwe zadanie. Chłopcy mieli dużo trudnych partii deklamacyjnych ale wykonali swoje zadanie znakomicie. Chór mieszany natomiast, przedstawiał dusze umarłych, które błąkają się nie mogąc zaznać spokoju. Muzycznie Paweł Szymański napisał ten chór również w formie lamentu, niepokoju duszy, co chór Opery Narodowej wykonał, ukazując rozdarcie i zmęczenie długa tułaczką. 

Spektaklem dyrygował Wojciech Michniewski, który poprowadził spektakl genialnie. Dlaczego użyłem takiego stwierdzenia? Otóż w tej operze rolą dyrygenta nie jest tylko poprowadzenie solistów i orkiestry ale też statystów, aktora, chóru również w partiach deklamacyjnych niż tylko śpiewanych. To on kontrolował cały spektakl i był zarówno dyrygentem, jak i inspicjentem. Widać było, że zna partyturę tak jakby sam ją skomponował, co dało się odczuć i zauważyć.

Osobiście uważam, że Qudsję Zaher trzeba obejrzeć, nie ze względu na to, że jest to wydarzenie na skale ogólnopolską, ale ze względu na treść i przesłanie, jakie za sobą niesie. Wybiorę się na spektakl ponownie, zarówno dla muzyki Pawła Szymańskiego jak i dlatego, gdyż moim zdaniem jeden raz to zdecydowanie za mało aby w pełni pojąć tę operę i w pełni ją zrozumieć. 

Maciej Madaliński

 

Paweł Szymański, „Qudsja Zaher”, reż. Eimuntas Nekrosius, premiera: 20 kwietnia 2013, Teatr Wielki – Opera Narodowa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.