Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Olga Pasiecznik o „Qudsji Zaher”

asd asd

Maciej Madaliński: Podobno miała pani problemy z niektórymi fragmentami dzieła, mówiła kompozytorowi: „Paweł, tego się nie da zaśpiewać”.

Olga Pasiecznik: Nie chodzi o to, że nie da się tego naprawdę zaśpiewać, tylko o to, że stopnień trudności partii wokalnej jest niewspółmierny do wielu partytur uważanych za trudne. Dlatego wiedziałam, że zadania, które przede mną stoją, nie są łatwe i że nie wystarczy dobrze zaśpiewać, trzeba też zaśpiewać tak, aby wydawało się, że nic mnie to nie kosztuje.

Jaka jest postać Qudsji od strony muzycznej?

Tu mamy do czynienia z rolą Qudsji, ale też i Astrid, bo w tej operze są dwie postaci śpiewane przez jedną śpiewaczkę. Tyle że materiał muzyczny wskazuje na to, że kompozytorowi chodziło bardziej o pokazanie tego, co wspólne w tych kobietach, niż tego co je różni. Dlatego też materiał muzyczny dwóch partii jest bardzo podobny. Wydaje mi się, że jedna przenika drugą i że jest to obraz jednej kobiety, która przez tysiące lat jest taka sama, tak samo cierpi, walczy, czuje. Jest to opowieść o powtarzalności ludzkiego losu i o tym, że pewne rzeczy towarzyszą człowiekowi zawsze od zarania dziejów.

Czy przy pisaniu roli, kompozytor  konsultował się z panią? Wiem, że rola pisana była pod pani głos, i rozumiem jaka odpowiedzialność na pani spoczywa, bo kompozytor będzie obecny na premierze, ale czy Paweł Szymański pytał panią, co zmienić w partyturze, co wygodniej by było pani zaśpiewać?

Olga Pasiecznik: Paweł Szymański należy do tych kompozytorów, którzy w trakcie pracy nie wysyłają żadnych materiałów, żadnych szkiców przed postawieniem przez niego ostatniej nuty w partyturze, a skończył ją prawie osiem lat temu i dopiero wtedy dostałam dzieło w całości. Nie konsultował się ze mną podczas pisania, bo mam wrażenie, że od początku wiedział dokładnie, co chce napisać i w jaki sposób. Owszem, przez te parę lat chodził na moje przedstawienia, śledził jak mój głos się rozwija, jak się zmienia, co w nim jest bardziej ciekawego, a co mniej, i myślę że to wszystko jakoś analizował, uwzględniał. Gdy dostałam partyturę, wiedziałam, że Paweł nie zmieni w niej ani jednego dźwięku. Za długo nosił to w sobie, za głęboko wszedł w tę materię, za dużo go to kosztowało, aby teraz dostosowywać się do kogokolwiek, czy do mnie, czy do innej śpiewaczki. Jest to kompozytor, który wierzy w siłę swojej muzyki i za to bardzo go cenię.

Czy podczas prób Paweł Szymański słuchając pani interpretacji dawał jakieś swoje wskazówki, co by zmienił lub jak on to sobie wyobraża?

Kompozytor był obecny prawie na wszystkich próbach, ale pamiętam, jak zaprosiliśmy go z Wojciechem Michniewskim, którego nazywam uchem numer 1 w muzyce polskiej, na naszą pierwszą muzyczną próbę, gdzie propozycje Wojtka i moje były zweryfikowane z tym, co Paweł chce usłyszeć. Niektóre spotkały się z natychmiastową aprobatą. W niektórych fragmentach  kompozytor zasugerował trochę inny rodzaj śpiewania. W tej operze nie będzie to przez cały czas typowe akademickie piękne śpiewanie, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, w kilku miejscach będzie to też śpiew na pograniczu głosu białego, ludowego, czasem wręcz dzikiego, jakiegoś pierwotnego wycia lub krzyku. W miejscach gdzie Pawłowi chodziło o inny kolor, inny sposób śpiewania, inny rodzaj ekspresji, musiałam się do tego dostosować i poszukać, żeby to było coś, co nie tylko on zaakceptuje, ale to, co naprawdę chce usłyszeć, bo to jest dla mnie bardzo, bardzo ważne.

Czyli dużą trudnością  przy przygotowaniu partii Qudsji były te różne rodzaje śpiewu, różne techniki?

Owszem, dostosowanie aparatu głosowego do tak różnego rodzaju śpiewania na pewno nie jest łatwe i nawet teraz, gdy już jesteśmy w fazie końcowej prób, za każdym razem trzeba bardzo rzetelnie pilnować tego, aby nic nie umknęło, bo jednak jest niebezpieczeństwo, że pewne rzeczy umykają na dużej scenie, przy dużej orkiestrze. Ważne, żeby pewien rodzaj ekspresji, który udało się osiągnąć na poprzednich próbach w mniejszych pomieszczeniach został w tej większej przestrzeni.

Na początku swojej kariery bardzo dużo uwagi i warsztatu poświęcała pani muzyce Bacha, Haendla, muzyce dawnej. Jaka jest różnica między śpiewaniem muzyki współczesnej a tradycyjną operą? Czy trudno jest się Pani przestawić ? 

Olga Pasiecznik: I tak, i nie. Odpowiedź ta wynika z naszych fizjologicznych możliwości, kiedy trzeba zmusić mięśnie do pracy w pewnym reżimie, i dojść do takiego momentu, kiedy ta pamięć mięśniowa będzie po prostu niezawodna. Więc to nie jest łatwe w momencie, kiedy człowiek przez lata przyzwyczajony jest do jednego sposobu wydobycia dźwięku, do innego brzmienia swojego własnego głosu. Z drugiej strony, nie jest to takie trudne, gdy angażujemy w pełni psychosomatykę, bo jeżeli nasza wyobraźnia sięga tak daleko, że jesteśmy w stanie usłyszeć wewnątrz, jaki rodzaj głosu, dźwięku, ekspresji chcemy w danym momencie wydobyć, to prędzej czy później nasz instrument, czyli głos wytropi jakim sposobem to osiągnie. Myślenie w śpiewaniu muzyki współczesnej (i nie tylko) jest nie tyle wskazane, ile wręcz niezbędne. 

Większość Pani zobowiązań zawodowych nie jest związanych z Polską, lecz z zachodnimi scenami. Jakie są Pani dalsze plany zawodowe? Co dzieje się aktualnie w karierze Olgi Pasiecznik i czy jest szansa, że zagości pani na dłużej na rodzimych scenach ? 

Olga Pasiecznik: Jeżeli chodzi o Polskę to w tym roku mam zaśpiewać  trzy spektakle (Wesele Figara, Don Giovanni, Czarodziejski flet) na Festiwalu Mozartowskim w Warszawskiej Operze Kameralnej, który nadal będzie się odbywać, w tym roku wprawdzie w wersji okrojonej, lecz mam nadzieję, że to, co zostało stworzone przez Stefana Sutkowskiego, przetrwa. W tym sezonie mam też dwa recitale z moja siostrą, pianistką Natalią Pasiecznik w Warszawie, oraz koncert kantat Haendla na Zamku Królewskim. Pod koniec roku mam występ w Orkiestrą Filharmonii Narodowej z muzyką Lutosławskiego i Poulenca, natomiast jeżeli chodzi o scenę Opery Narodowej to na razie nie mamy konkretnych planów, są rozmowy o wznowieniu Orfeusza i Eurydyki. Wierzę również w przyszłość Qudsji Zaher  – trzymajmy kciuki, aby miała dłuższe życie sceniczne niż tylko jeden sezon. Ma pan racje, nie jestem zbyt często na polskich scenach, chociaż Polska w tym momencie jest moim domem. Tu mam rodzinę, dom, tu moje dziecko chodzi do szkoły, więc z dziką rozkoszą zaśpiewam w Polsce więcej, o ile będzie taka możliwość  i o ile planowanie koncertów i spektakli będzie się odbywać z większym wyprzedzeniem. 

Rozmawiał Maciej Madaliński

Wywiad przeprowadzono 16 kwietnia 2013 r., na cztery dni przed prawykonaniem Qudsji Zaher.

Zdjęcie: Krzysztof Bieliński/TW-ON

Miniaturka – OLGA PASIECZNIK Fot. Beata Wielgosz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.