Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Okularnik w operze

Marta Urbanowicz Marta Urbanowicz

Aktualny stan rzeczy jest taki, że najczęściej operę możemy smakować w oryginalnej wersji językowej. W sumie nic w tym dziwnego – włoski pozostaje włoskim, niemiecki niemieckim, a muzyka brzmi dokładnie tak, jak brzmieć powinna, czyli wedle pierwotnego zamysłu kompozytora, dopasowana do konkretnych słów.
Mamy zatem do czynienia ze zjawiskiem pozytywnym. Opera jest jednak przedstawieniem, które, jak powszechnie wiadomo, posiada mniej lub bardziej rozwiniętą warstwę fabularną. Cóż – patrząc na akcję rozgrywającą się na scenie przy akompaniamencie niezrozumiałego wokalu, zwyczajnie nie sposób w pełni zrozumieć wszystkich wątków.

Placówki kulturalne znalazły pozornie proste rozwiązanie tego problemu. I tak, w Operze Narodowej ujrzymy zawieszony nad sceną nieduży, prostokątny ekranik. Podczas przedstawienia operowego wyświetla się na nim polskie tłumaczenie libretta. Coś w rodzaju napisów filmowych – choć ich operowy odpowiednik posiada zdecydowanie więcej wad, niż zalet. Wad, które ja, sfrustrowany astygmatyk, postanowiłam wytknąć.

Po pierwsze: wyświetlane literki bywają słabo czytelne. W Sali Moniuszki mają one kolor – o zgrozo – pomarańczowy i dość niewielki rozmiar. Siedząc w prawie całkowitych ciemnościach i w sporym oddaleniu od wyświetlanego tekstu, ciężko wręcz rozróżnić poszczególne słowa.
Pamiętajmy, że średnia długość opery to trzy godziny, a oczy łatwo się męczą.

Po drugie: aby ekran był widoczny dla wszystkich, umieszczony został ponad sceną. Cel osiągnięty, jednak nie da rady jednocześnie patrzeć na śpiewaków i czytać tłumaczenia.
Z dodatkowymi trudnościami borykają się widzowie w pierwszych rzędach – tu zadzieranie głowy do góry i zerkanie na wyświetlany tekst okazuje się niemożliwe.

Po trzecie i ostatnie: w najgorszej sytuacji znajdują się osoby, których wady wzroku nie da się w pełni skorygować. Osobiście zaliczam się do tej właśnie grupy i mimo że na co dzień noszę okulary bądź soczewki kontaktowe, nawet w nich jestem w stanie zobaczyć tylko ok. 30 % tego, co widzi zdrowy człowiek. Zetknąwszy się po raz pierwszy z ekranem nad sceną, niemal od razu spisałam go na straty.

Jedyne co pozostaje, to skorzystać ze streszczenia w programie. Przynajmniej wiadomo wtedy, o co chodzi. Mniej więcej.

Nie należy się jednak martwić. Nieważne, w jakim języku stworzona została opera – najważniejsza jest przecież muzyka – mowa uniwersalna, którą rozumieć ma nie głowa, a serce.
I tym oto patetycznym stwierdzeniem kończę, życząc wszystkim wesołych Świąt Bożego Narodzenia. :)

Marta Urbanowicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.