Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Od Chopina po Kilara

Damian Kułakowski Damian Kułakowski

Polski koncert. Tak można by zatytułować pierwsze z wydarzeń artystycznych, jakie miało miejsce ostatniego wieczoru (26.08) w Studiu Koncertowym Polskiego Radia. Był to „koncert Polaków” nie tylko dlatego, że wszystkie zaprezentowane kompozycje wyszły spod piór naszych kompozytorów, ale również dlatego, że solistami byli najwybitniejsi polscy instrumentaliści młodego pokolenia: Aleksandra Kuls (skrzypce) oraz Michał Szymanowski (fortepian).

 „Uwerturę” koncertu stanowiła Fuga a-moll Fryderyka Chopina w opracowaniu na smyczki Pawła Mykietyna. Idąc za  dziełem Johannesa Brahmsa można by nazwać ją uwerturą tragiczną. Polska Orkiestra Radiowa pod Michałem Dworzyńskim nie dała pokazu zgrania i czystości w grze, a na tej ostatniej Mykietynowi zależało chyba najbardziej. Flażolety w dolnych instrumentach dawałyby  z pewnością ciekawy efekt kolorystyczny, gdyby nie duża ilość przydźwięków pojawiająca się w czasie wykonania. Muzycy zdawali się być pochłonięci myślą tylko o dobrym wydobyciu dźwięku, podczas gdy początkowe takty utworu  powinny wprowadzić słuchacza w stan spokoju. Niestety, trudno było już zatrzeć złe wrażenie z początku dzieła, choć oczywiście wraz z pojawieniem się forte orkiestra odzyskała animusz. Diabeł tkwi jednak w subtelnym piano.  

Tego ostatniego nie zabrakło  w grze Aleksandry Kuls, która po raz kolejny pokazała klasę. Miałem okazję słyszeć ją w repertuarze recitalowym (sonaty i miniatury skrzypcowe), gdzie prezentowała swój wewnętrzny zmysł do kameralistyki. Tu jednak zadanie przed nią było o wiele trudniejsze. Musiała zmierzyć się z Koncertem skrzypcowym d-moll Henryka Wieniawskiego, najeżonym trudnościami technicznymi i jednocześnie wydobyć z niego  jak najwięcej muzyki. Jest to nie lada wyzwanie.  Koncerty stylu brillant cechowało bowiem jedno przeznaczenie: ukazanie artysty jako wielkiego wirtuoza i możliwość zaprezentowania swego kunsztu. Ola wyszła z tych ram. Nie było w jej grze pustej wirtuozerii. Nawet najtrudniejsze fragmenty I części potrafiła ująć w tok muzycznej narracji. Nie dało się odczuć, częstego z resztą wśród wykonawców, podziału tego typu utworów na fragmenty, w których skrzypek „śpiewa” kantylenę, a za chwilę popisuje się sprawnością i biegłością. Wszystko pozostawało w służbie muzyki i choć nie zawsze orkiestra odczytywała intencje Oli (bardzo z resztą sugestywne), to dzięki dobremu kontaktowi z dyrygentem i sile osobowości skrzypaczki, energia udzieliła się również orkiestrze. II część, wyłaniająca się bezpośrednio z I, była pieśnią bez słów, w której Ola doskonale wyczuła rubato, a nade wszystko z jej gry emanował spokój. Może zabrakło momentami jeszcze większego piano. Pewne zmęczenie dało się wyczuć pod koniec III części, po serii karkołomnych szesnastek i dwudźwięków. Mimo tego nie zabrakło cygańskiego charakteru i żywiołu, a wraz z ostatnim akordem rozbrzmiała burza braw.

Po krótkiej przerwie Ola wykonała Medytacje Masseneta pozostawiając na sali brzmiącą  w uszach ciszę. Udało jej się stworzyć aurę tajemniczości, która jednak przesycona była dramatyzmem fragmentów tutti. Pełnia dźwięku jakim dysponuje Ola urzekła mnie i cytując za Jerzym Kusiakiem, kierowała wyobraźnię słuchacza w nieodgadnione, chciałoby się powiedzieć , niebiańskie rejony.

Obok kompozycji Henryka mogliśmy również wysłuchać koncertu fortepianowego jego brata, Józefa. To również dzieło w stylu brillant, którego pierwszy motyw wydaje się być identyczny  z Koncertem d-moll brata. Czy to zbieg okoliczności? Być może. Michał Szymanowski z wielką charyzmą zaprezentował swe umiejętności. Widać w nim wirtuoza. Jego grę cechowała wyrazistość, czasem może zakrawająca o teatralność. Niemniej utwór odpowiadał temperamentowi  młodego pianisty. Leżał mu pod palcami i to dosłownie. Przy ogromnym wachlarzu problemów technicznych i biegnikowych, jego wykonanie była niemalże wolne od błędów. Szczególnie efektowny okazał się finałowy stylizowany mazur. Nic więc dziwnego, że pianista doczekał się bisu.

Dwie ostatnie pozycje, to smyczkowa Orawa Wojciecha Kilara i tegoż Polonez z filmu Pan Tadeusz. Utwory te nadzwyczaj spodobały się publiczności, pewnie dlatego, że słychać w nich polskie „nuty”. W Orawie mogliśmy przenieść się w góry i usłyszeć szemrzący strumień przechodzący  w potok, a na koniec przeradzający się w rwącą rzekę. O podobną tematykę pokusił się Bedřich  Smetana w swej Wełtawie, choć oczywiście zrealizował swój zamysł współczesnym sobie językiem muzycznym.

Polonez z Pana Tadeusza był z pewnością zwieńczeniem koncertu. Publiczność oczywiście wielkim owacjami przyjęła wykonanie. I rzeczywiście, tutaj orkiestra spisał się bardzo dobrze. Była werwa, była moc i przede wszystkim był polonez. Zabrakło jedynie bisu.

Damian Kułakowski

Zdjęcia wykonał Bartek Sadowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.