Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Niemiecka spontaniczność

Marta Urbanowicz Marta Urbanowicz

Święto muzyki za nami – muzycy wyszli na ulice, było bez zahamowań, wesoło i bezpośrednio. 21 czerwca miał miejsce i powtórzy się dopiero za rok – czy to nie jest troszkę nie w porządku, że pierwszy dzień lata tak bardzo różni się od swoich smutnych 364 braci?

Postrzegamy siebie jako ponury naród i coś w tym jest. Ciężko by było w Polsce inicjatywę w rodzaju Fête de la Musique rozciągnąć na dłużej. Wciąż za mało odbywa się spontanicznych, niewymuszonych wydarzeń, a muzyka – zwłaszcza klasyczna, pozostaje poważna, pod krawatem, na scenie.  

A jednak można inaczej. Podczas niedawnej wizyty w Berlinie, miałam okazję uczestniczyć w jednym z jakże sympatycznych „koncertów lunchowych”, odbywających się w tamtejszej filharmonii. Już sama idea bardzo mi się spodobała. Otóż we wtorkowej porze obiadowej, w foyer Berliner Philharmonie, przez ok. 45 minut słuchać można muzyki klasycznej, wykonywanej przez wybitnych artystów – często nawet samych filharmoników berlińskich. Ludzi przychodzi mnóstwo, dostrzec można zarówno berlińczyków, jak i turystów, osoby starsze i młodsze. Z pewnością znaczącym magnesem, który przyciąga te tłumy jest charytatywny charakter koncertów – nie trzeba płacić za wstęp. Swobodnie ubrani słuchacze tłoczą się na schodach, opierają o barierki, w skupieniu chłoną dźwięki. A potem wracają do swojego codziennego życia, jak gdyby nigdy nic.

Ktoś mógłby powiedzieć, że takie coś nie sprawdziłoby się u nas, że nikt by nie przyszedł. Bynajmniej się z tym stwierdzeniem nie zgadzam. Jestem przekonana, że zainteresowanie byłoby spore. Może tylko trochę brakuje odwagi, by wyjść do polskiego słuchacza z ryzykowną w opinii niektórych inicjatywą? Co jeżeli się nie spodoba, jeśli się nie opłaci?

Spójrzmy na ludzi w wagonie metra – często śpiących, z neutralnymi twarzami, które monotonnym rządkiem odbijają się w szybach. Doświadczając właśnie takiego ospałego zjawiska w berlińskiej kolei podziemnej, doznałam kolejnego pozytywnego zaskoczenia, gdy wsiadło do niej dwóch panów: jeden z trąbką, drugi z melodyką, czyli – dla niewtajemniczonych – harmonijką klawiszową. I kiedy zaczęli grać, śpiewać, klaskać, pasażerowie w jednej chwili ocknęli się i uśmiechnęli. Rzucono kilka monet, panowie wysiedli po dwóch stacjach – a pogodna atmosfera w wagonie pozostała.

Spodoba się. I na ulicy, i w filharmonii. Trzeba tylko spróbować, a nie narzekać i wiecznie szukać problemów, nawet jeśli jeszcze nie było przesłanek po temu, by w ogóle zaistniały. 

 Na koniec, w nawiązaniu tak do muzyki klasycznej, jak i muzyki w metrze, coś do obejrzenia – tym razem ze Skandynawii:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.