Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Namawiam: otwórzcie uszy! – rozmowa z Cezarym Zychem

asd asd

Dominika Kowalska: Jest pan z wykształcenia prawnikiem i filozofem. Skąd zatem zainteresowanie muzyką barokową?

Cezary Zych: Zbieg okoliczności. Nie potrafię powiedzieć, kiedy zacząłem się interesować muzyką. Na początku był to raczej jazz, rock. Potem to ewoluowało, dzięki różnym okolicznościom. Były dwa momenty decydujące. Kiedy byłem we Francji na początku lat 80., przypadkowo wszedłem do sklepu płytowego. Sprzedawca zainteresował się tym, że jestem Polakiem. Umówiliśmy się, że pokaże mi najnowsze wydawnictwa, ulubione płyty. Pierwszą płytą, którą włączył, był „Mesjasz” w wykonaniu Academy of Ancient Music pod dyrekcją Christophera Hogwooda, z Emmą Kirkby – to było olśnienie, brzmiało  zupełnie inaczej, niż wszystko, co do tej pory słyszałem. 

Niestety, w Polsce nie było wówczas tych nagrań, zacząłem więc szukać, przy okazji poznawać wielu ludzi o wspólnych zainteresowaniach. Wratislavia Cantans była jedynym miejscem w Polsce, gdzie można było słuchać muzyki dawnej na instrumentach historycznych. Później spotkałem polskich muzyków grających na dawnych instrumentach: Jacka Urbaniaka, Agatę Sapiechę, Zygmunta Kaczmarskiego. W 1989 r. współzałożyliśmy Polskie Towarzystwo Muzyki Dawnej. Od tej pory zacząłem się tym zajmować poważniej. Od 1992 r. redagowałem pismo „Canor”, a  parę lat później zacząłem organizować festiwale.

Najważniejszy moment muzyczny w pana życiu?

W kościele w Starym Sączu w roku 1992 lub 93. Byłem na spacerze z Barbarą Thornton, amerykańską śpiewaczką chorału gregoriańskiego. Nagle zerwała się potworna burza. Zaproponowała, żebyśmy poszli do kościoła, gdzie ona sobie zrobi próbę przed koncertem. W środku siedziała jakaś miejscowa staruszka, która odmawiała różaniec. Była wichura, okiennice uderzały z hukiem, pioruny waliły. W samym środku dnia zrobiło się czarno, a Barbara śpiewała Hildegardę z Bingen. To był najlepszy koncert, jaki słyszałem! Jeden z kilku cudownych prywatnych koncertów, które zawdzięczam wybitnym muzykom.

Myślał pan o tym, żeby zrobić festiwal muzyki dawnej w plenerze?

Nigdy bym nawet nie pomyślał. Ważną częścią wykonywania muzyki dawnej jest troska o brzmienie, o barwę. Ona wymaga skupienia. Nie wyobrażam sobie, jak można by słuchać na ulicy pięknego dźwięku skrzypiec barokowych. Oczywiście, istnieje taka twórczość okolicznościowa, do otwartej przestrzeni. Ale są to rzeczy stosunkowo proste – hejnaliści, trąby, bębny, szałamaje, muzyka towarzysząca uroczystościom pogrzebowym. Zdarzały się zupełnie wyjątkowe rzeczy, jak „Muzyka na wodzie” i „Muzyka ogni sztucznych” Haendla. 

Słucha pan jeszcze współczesnej muzyki?

Oczywiście, zdecydowanie moją ulubioną wokalistką jest czarnoskóra Amerykanka Meshell Ndegeocello, która gra na gitarze basowej, śpiewa rythm and bleusa, soul. Słucham muzyki współcześnie komponowanej, jazzu, folku, rocka, improwizowanej. Paradoksalnie, chyba muzyki dawnej najmniej, w każdym razie nie w wolnej chwili. 

Jak pan myśli, może Bacha mogliby słuchać ludzie w klubach, tańczyć do niego?

Bach jest za bardzo skomplikowany. Jest tyle fajnej muzyki do tańczenia, po co Bach czy Vivaldi. To samo muzyka ludowa, daje olbrzymie możliwości. 

Zafascynowały mnie barokowe instrumenty, a szczególnie to, że w dawnych czasach używano strun jelitowych na instrumentach smyczkowych. Jak wyglądała produkcja takich strun?

Jest to długi i żmudny proces preparowania jelit baranich, obecnie raczej krowich. One były dość trwałe, preparowane w odpowiedni sposób, natomiast jako naturalny materiał reagują na zmiany wilgotności powietrza. 

Może pan wskazać najlepszego muzyka?

Nie ma kogoś takiego. Namawiam wszystkich, żeby otworzyli uszy, żeby absolutnie nie wierzyli w żadne reklamowe hasła w rodzaju „najlepszy koncert sezonu”, tylko żeby po prostu słuchali i jak im się coś bardzo podoba, żeby się zaczęli zastanawiać, dlaczego. To jest klucz. W ten sposób buduje się własne kryteria. 

Każdy z nas może mieć swojego najlepszego. To rzecz bardzo względna. Gdybyś mnie 20 lat temu zapytała, odpowiedziałbym, że Jordi Savall, ale pięć lat później – Marcel Pérčs, a w ogóle to Gustav Leonhardt. To był artysta – klawesynista i organista – który miał taką właściwość, że uderzał dwa dźwięki, a ja już byłem w innym świecie.

Jaka jest idea festiwalu Mazovia Goes Baroque? Chodzi o to, żeby dotrzeć do szerszej publiczności?

Na początku to było kilka koncertów, które zrobiłem wraz z Mazowieckim Centrum Kultury i Sztuki. Ponieważ się udały, postanowiliśmy to rozwinąć. Zawsze staram się przekonać moich partnerów do tego, żeby nie szli najłatwiejszą drogą komercyjną. Po pierwsze, prezentujemy mało znanych muzyków. Po drugie, nie obowiązuje zasada, że słuchamy tylko tej muzyki, którą znamy. 

Po trzecie, chemy pokazać, jak różne stylistyki muzyczne, mogą ze sobą doskonale współgrać. Przykładem jest Bolette Roed zaczęła swój recital od gry na fletach prostych, wykonując muzykę od średniowiecza do XVII w., a później zaczęła stosować w czasie tego koncertu instrumenty elektroniczne i przekształcać dźwięk fletu. 

Co się zmieniło z perspektywy czasu w wykonywaniu muzyki dawnej?

Na świecie pojawiło się pokolenie ludzi, którzy nigdy nie grali na żadnych innych instrumentach niż dawne. Do tej pory normalna droga wyglądała tak, że ktoś był najpierw pianistą po akademii i w pewnym momencie zaczynał grać np. na klawesynie lub pianoforte, ale tak naprawdę jego palce, wrażliwość, sensoryka, były przystosowane do uderzania w klawisze wielkiego fortepianu. Gdy ktoś od początku, od pierwszych lekcji muzyki, ma do czynienia z pianoforte, to efekt wykonawczy jest zupełnie inny. Na majową edycję festiwalu przyjedzie do Warszawy młody muzyk Teodoro Baů, który od dziecka grał na violi da gamba. Będzie więc okazja posłuchać przedstawiciela nowej generacji.

Rozmawiała Dominika Kowalska 

Wywiad przeprowadzono 20 kwietnia 2012 r.

Cezary Zych – prawnik, filozof, założyciel i dyrektor artystyczny festiwali Muzyka dawna – Persona Grata, Muzyka w Raju, Mazovia Goes Baroque, Poznań Baroque.

 

2 odpowiedzi na “Namawiam: otwórzcie uszy! – rozmowa z Cezarym Zychem”

  1. klaudiatolman napisał(a):

    Podoba mi się odpowiedź na pytanie „Może pan wskazać najlepszego muzyka?”. Z „najlepszym muzykiem” jest jak z „najlepszym (kimkolwiek)”. Co to znaczy…? Komu decydować, kto jest najlepszym muzykiem, komikiem, aktorem, politykiem, najlepszą matką czy najpiękniejszą kobietą na świecie? Powiem więcej – to fantastycznie, że tak jest. Każdy widzi świat inaczej, zatem i każdy „najlepszy” będzie inny :) A to oznacza, że świat jest pełen „najlepszych” i ich zasoby nigdy się nie skończą! :D

  2. Dominika Kowalska napisał(a):

    Zupełnie się z tobą zgadzam. Nawet abstrahując już od muzyki, ta zależność działa! Nie ma na świecie uniwersalnego najlepszego (kogokolwiek). Dla ciebie najlepszym malarzem może być Renoir, dla mnie, dziewczyna która maże mi po kafelkach :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.