Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Podróż za jeden uśmiech

Dorota Łomicka Dorota Łomicka

Pośrodku sceny stało drewniane pianoforte. Przygasły światła. Przywitana oklaskami wypełnionej zaledwie w ułamku sali Studia Koncertowego Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego, Aline Zylberajch rozłożyła nuty i zaczęła grać. 

Rozbrzmiały pierwsze akordy. Artystka siedziała sztywno, wpatrzona w kartki z utworami Bacha. Tylko palce wykonywały swój taniec na klawiszach instrumentu. Muzyka wypełniająca salę sprawiała wrażenie „bezdusznej”, pozbawionej emocji, niepełnej. Być może instrument ten lepiej brzmiałby w bardziej kameralnej scenerii, a może to kwestia odtwórstwa, gdyż chwilowe uniesienia, wizje dorastającego z upływem czasu i taktów podmiotu lirycznego przerywane były kłócącymi się z całością dźwiękami, pomyłkami w grze.

Pożegnana brawami klawesynistka ustąpiła miejsca drugiemu w kolejce muzykowi, Komalému Akakpo. Wystarczyło jedno spojrzenie, by dostrzec ogrom charyzmy i skromności, jaki w sobie nosił. Niepewny uśmiech zastąpiony został szerokim i szczerym wraz z rozbrzmiewającą w sali muzyką.

Uderzając pałeczkami w cymbały (z niem. hackbrett) i szarpiąc palcami struny instrumentu, artysta wydobywał z niego niesamowite, przenikające na wskroś dźwięki. Sam wyglądał przy tym abstrakcyjnie, nawet trochę niepoważnie, jak dziecko z ulubioną zabawką. Wraz ze zmianą pałeczek, zmieniał się też dźwięk wydobywany z cymbałów. Jak okazało się już po koncercie, w rozmowie muzyka z uczestnikami koncertu, niemniej ważne było tłumienie dłońmi drgań strun po ich uderzeniu, co również wpływało na brzmienie instrumentu.

Podczas jednego z utworów, przed oczami ukazał mi się obraz pary starszych ludzi oglądających album ze zdjęciami swoich dzieci i wnuków. Niemal czułam ich wzruszenie. Po chwili natomiast przeniosłam się do Indii, gdzie ubrane w barwne stroje kobiety tańczyły w rytm energicznej muzyki. Kolejny utwór zabrał mnie do krainy łagodności, pełnej spokojnych, kojących, niezwykle ulotnych dźwięków… i dzikich łabędzi.

W drugiej części swojego występu, Komalé Akakpo wykorzystał stojące wcześniej pod przykryciem inne cymbały. Melodia sprawiała magiczne wrażenie, mogłaby stanowić tło dla historii pełnej dzielnych rycerzy, pięknych księżniczek i baśniowych smoków. Ten z kolei instrument wymagał kilkukrotnego dostrajania, co wbrew pozorom nie zakłócało odbioru całego występu. 

Grający m.in. utwory Roberta de Visée, Georga Philippa Telemanna, Rudiego Springa czy autorskie „To walk the inner passage”, muzyk w sposób niezwykły, bo naprawdę skuteczny, dał nam bilet na pociąg w głąb nas samych, muzyczną podróż pełną wrażliwości, pięknych dźwięków i wielkiej pokory. 

Dorota Łomicka

Recenzja koncertu 20 kwietnia w Studio Koncertowym Polskiego Radia, festiwal Mazovia Goes Baroque.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.