Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Mazovia Goes Baroque: średniowiecze odnalezione

asd asd

 

 

 

 

 

Marc Mauillon partnerował Montserrat Figueras (zdjęcie z 2010 r.).

 

 

Każda dobra recenzja powinna opierać się na analizie środków – czy tych wykonawczych, czy tych kompozytorskich – których recenzent doświadczył podczas zetknięcia się z danym dziełem. To one powinny dyktować ostateczny osąd wykonania tegoż dzieła, a nie wrażenia.

Mniej więcej siedem lat temu, Pierre Hamon, ekspert w temacie instrumentów dętych średniowiecza w muzyce zachodniej i nie tylko, po usłyszeniu głosu Marca Mauillon, barytona śpiewającego prawdopodobnie jeden z najbardziej eklektycznych repertuarów w Europie, decyduje się porzucić własne projekty i rozpoczyna współpracę z Mauillonem, VivąBiancaLuną Biffi (fidel, śpiew) i Angélique Mauillon (harfa gotycka) – bo głos, który właśnie usłyszał, to właśnie ten konkretny głos Marca Mauillona, idealnie jego zdanie pasował do wykonywania muzyki Guillaume’a de Machaut.

Siedem lat po tym spotkaniu wystąpili w Warszawie, na festiwalu Mazovia Goes Baroque, z całym La Remède de Fortune de Machauta, potężnym rozmiarowo rodzajem narracyjnego poematu. Dzieło to pod względem formalnym łączy właściwie wszystkie formy muzyki wokalnej średniowiecza – rondeau, balladę, virelais, lais…Mężczyzna, który zakochał się w kobiecie, pisze do niej wiersz, lecz gdy ta, zachwycona dziełem, pyta autora, czy to on ów wiersz napisał, ten z obawy, że wyjdzie na zarozumialca, ucieka do ogrodu, gdzie spotyka Nadzieję. Ta uczy go, jak być dobrym kochankiem, co przekonuje go do powrotu do ukochanej. Ponoć średniowieczni słuchacze po wysłuchaniu La Remède przechodzili katharsis – tak mówi prowadząca transmisję w radiowej „Dwójce” Magdalena Łoś.  Podchodzę do tego stwierdzenia z rezerwą, jak zawsze zresztą, gdy słyszę to nadużywane często słowo.

Dokonując powierzchownej oceny, brutalnie streszczona fabuła dzieła o metaforyce i stylistyce odpowiadającej mentalności średniowiecznej wydaje się dość egzotyczna. Poza tym  – jaki ma sens jakiekolwiek mówienie o treści, jeśli półtoragodzinny utwór, od partii narratora (Hamon) do partii kochanki (Biffi), jest wykonywany po starofrancusku, a ja nie znam francuskiego? Zresztą nie jestem jedynym pogrążonym w nieznajomości i niewiedzy – Machaut, przede wszystkim poeta, pozostawił do wykonania jedynie tekst i linię melodyczną bez żadnej aranżacji, członkowie zespołu musieli więc zdecydować się na nią sami. Sama „sytuacja sceniczna”, w której instrumentalista przyjmuje jednocześnie rolę narratora, a śpiewak swojego akompaniatora, jest czymś niestandardowym dla umysłu przyzwyczajonego do odbioru muzyki epok późniejszych. Jak w tym wypadku dyskutować o dziele w sposób analityczny? Można wyedukować niekompetentnego recenzenta i oczekiwać od niego muzykologicznego wykładu; można też porzucić analityczność, a dyskutować o brzmieniu. Cała ta recenzja zresztą powinna być poświęcona próbie opisania brzmienia głosu Marca Mauillon’a.

Ten, kto kiedykolwiek dostrajał swój instrument do innych grających w zespole, zna ten rodzaj uczucia, które pojawia się, gdy dwa instrumenty, grające w unisonie ten sam dźwięk, przechodzą w jednym momencie od zgrzytu do pełnej harmonii – ma się wówczas wrażenie, że coś weszło na miejsce, a brzmienia dwóch instrumentów skleiły się w jedno. W takim właśnie stosunku z przestrzenią dźwiękową sali koncertowej, jak dwa nagle dostrojone instrumenty, znalazł się głos Marca Mauillon. Nie było to jakieś zaburzenie w ciszy, chropowato się od niej odznaczające,  lecz zjawisko, które przez swoją niesamowicie gładką barwę ułożyło się dokładnie równolegle do pierwotnego stanu przestrzeni. Przez to w zupełności pokryło się z ciszą i nie można było oderwać od niego uwagi, tak jak nie można nie oddychać powietrzem. Samo wejście w ten stan nie następowało gwałtownie – dźwięk rozpoczynał się tak miękko, że moment jego artykulacji był praktycznie niesłyszalny. 

Barwa głosu Mauillona, krągła, jędrna sprawiała, że można by go słuchać w nieskończoność. Jego głos raz przybierał postać spokojnego, lecz smutnego lamentu, subtelnie, stopniowo, przechodził w przepełniony bólem śpiew, który potem, jakby wyczerpany, stawał się bardzo cichy, proszący, a kolejna zmiana czyniła go radosnym, prawie skocznym. Z tym wszystkim zmieniała się barwa: od ciemnej, matowej, którą dodatkowo podkreślał glissandowymi wejściami na wyższe dźwięki podczas fragmentów o bardziej dramatycznym charakterze, przez lekko nosową, aż do jaśniejszej i pogodnej przy ponownym zjednoczeniu z ukochaną. Co jednak najważniejsze, nic z tych zmieniających się czynników nie zaburzyło owego zespolenia  głosu z przestrzenią – wszystkie zmiany stanów emocjonalnych były umiejętnie rozłożone w czasie. Subtelności partii wokalnej miały solidną podstawę w akompaniamencie harfy i fideli, znajdujących się jakby w równoległym, ale oddzielnym planie dźwiękowym o znacznie mniejszym zróżnicowaniu emocjonalnym, od którego Mauillon się odchylał, by potem znowu do niego wrócić.

Wszystkie te niuanse w barwie, w napięciu, wiązały się bezpośrednio z tym, że Mauillon cały czas  o p o w i a d a ł.  Tekst był najważniejszy, to z niego wypływała melodia i  misterne ozdobniki, wykonane tak, jakby były zupełnie naturalną jego konsekwencją. 

W jakiś sposób, mimo że nie rozumiałem znaczenia słów, które wypowiadał, francuski baryton był w stanie przykuć do nich moją uwagę – do samej ich melodii. Obcość przekazu, połączona z brzmieniem starofrancuskiego, jeszcze bardziej odrealniały doświadczanie utworu; w połączeniu z pełnym przekonania odegraniem tekstu przez śpiewaka było to w stanie sprawić, że moja uwaga falowo raz nawracała, wprawiając mnie w stan pełnego skupienia, kontemplacji tekstu, którego przecież, w gruncie rzeczy, nie rozumiałem, a raz odpływała na peryferia świadomości, w których istniało tylko brzmienie. 

W La Remède de Fortune postać żeńska odzywa się późno. W przeciwieństwie do głosu Mauillona, mocnego, osadzonego i okrągłego, jej głos był przepełniony powietrzem, o wiele jaśniejszy i o znacznie mniejszej sile i nośności. VivaBiancaLuna Biffi śpiewała akompaniowała sobie na fideli. Jej głos zabrzmiał w pełni dopiero wtedy, gdy odłożyła instrument, który momentami ją zagłuszał, i wstała, by dołączyć do Mauillona i stworzyć z nim duet. Mimo, że walory barwowe jej głosu nie były tak zniewalające, nie sposób było nie uśmiechnąć się na widok spontaniczności, prostoty, naturalności, połączonej z radosną, swobodną energią, z którą Biffi grała i śpiewała. 

 Aranżacja dzieła wielkiego kompozytora była niezwykle zróżnicowana wewnętrznie. W wykonaniu jednej z ostatniej pieśni brał udział cały zespół, który realizował rodzaj rytmicznego ostinato, tupiąc, klaszcząc, bądź uderzając w swoje instrumenty, a podczas refrenu dołączał się śpiewem do duetu Biffi i Mauillona. Nie możemy zapomnieć, że w ogromnym stopniu twórcami tej wersji utworu byli właśnie ci konkretni wykonawcy, którzy zdecydowali się na te, a nie inne środki wykonawcze (również w interludiach instrumentalnych wykonywanych z ogromną finezją na fletach przez Pierre’a Hamon). To wykonanie La Remède w największym stopniu wydało się zgodne z realiami historycznymi, co słyszalne było chociażby w gardłowym, glissandowym sposobie rozpoczynania dźwięku przez Mauillona, którego zespół nie pozwolił trosce o dokładność w zachowaniu tych realiów i onieśmieleniu figurą wielkiego kompozytora wytłumić intuicyjnej, i niezwykle udanej w tym wypadku, potrzeby wzbogacenia utworu w emocje. 

Podobno muzyka nowoczesna zaczyna się, gdy stonowana, mistyczna kontemplacja ustępuje czasem miejsca bardziej bezpośredniej ekspresji. Może właśnie wykonując ów utwór w ten sposób, zespół Pierre’a Hamona najlepiej przysłużył się ukazaniu nowoczesnej, jak na swoje czasy, twórczości Guillaume’a de Machaut? Gdybym powiedział, że przeżyłem katharsis, mocno nadwyrężyłbym to nielubiane przez mnie słowo; ale czy został mi przedstawiony jakiś fragment muzyki średniowiecza w zupełnie nowym, wcześniej nieodkrytym świetle? Na pewno.

Piotr Wieczorek

 

Koncert odbył się 2 listopada 2012 r. w Studio Koncertowym Polskiego Radia w Warszawie, w ramach festiwalu Mazovia Goes Baroque.

Na zdjęciu głównym: Angélique Mauillon (harfa gotycka), mat. pras.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.