Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Kremer & Argerich – duet doskonały

Damian Kułakowski Damian Kułakowski

O sonatach skrzypcowych Ludwiga van Beethovena w nagraniu Gidona Kremera i Marthy Argerich pisze Damian Kułakowski. Odcinek piąty autorskiego cyklu Płytowy niezbędnik skrzypka.

 

Podejmując decyzje o napisaniu recenzji sonat skrzypcowych Beethovena w wykonaniu Gidona Kremera i Marthy Argerich, nie byłem przekonany, czy aby na pewno tego zadania powinien się podjąć skrzypek, którym jestem. Miałem dwie wątpliwości. Po pierwsze samo określenie kompozytora, że są to sonaty na fortepian i skrzypce, wskazuje na pryncypalną rolę pianisty. Po drugie, w tym duecie muzycznych gigantów niejednokrotnie odnoszę wrażenie, że to właśnie Martha Argerich jest spiritus movens całej interpretacji, a Kremer pozostaje w cieniu. Nie  nazwałbym tego jednak niedociągnięciem, lecz świadectwem świadomości roli i znaczenia instrumentu w konkretnych fragmentach sonat. 

Swe sonaty Beethoven skomponował w ciągu 15 lat. Należą one do tzw. I, II jak i III, dojrzałego okresu twórczości kompozytora. Jakie ma to znaczenie dla samej muzyki? Sonaty op. 12 są jeszcze utworami pisanymi z myślą o kameralnej grze w zaciszu domowego ogniska, choć niepozbawione przecież charakterystycznego dla Beethovena polotu. Kompozytor nie kładł w nich nacisku na siłę brzmienia, znaną np. z Symfonii „Eroiki, lecz oddał pierwszeństwo inwencji melodycznej, eksponując pogodny nastrój, czasem zmącony przekorną nutą sforzata czy kontrastu dynamicznego. Te arkana muzyki wiedeńskiego klasyka duet ukazuje świetnie, lecz dopiero Sonata „Wiosenna” (jedna z trzech czteroczęściowych sonat, większość jest bowiem trzyczęściowa) stanowi zwieńczenie elegancji muzyki z wczesnego okresu twórczości Beethovena. Daje ona  jednocześnie przedsmak późniejszych i bardziej dojrzałych dzieł (choć już IV Sonata a-moll stanowi taki pomost do bardziej romantycznego języka muzycznego). 

Opus 30 dedykowany carowi Aleksandrowi I zawiera szczególnie cenioną Sonatę c-moll zbliżoną w I części do V Symfonii. Tonacja nie pozostawia złudzeń i wątpliwości co do podobieństwa z V Symfonią. Obok Sonaty c-moll dużą popularnością cieszy się Sonata G-dur, która wyrazowo bliższa jest Wiosennej. Ta umiejętność zmiany nastroju, a także dostosowania rodzaju dźwięku do panującego wyrazu jest niezaprzeczalnie jedną z największych zalet niniejszej interpretacji. Muzycy niepostrzeżenie przenoszą słuchacza w zupełnie inną materię dźwiękową. Mam tu na myśli szczególnie drugie części, czasem zdającymi się wybrzmiewać jak zza mgły (np. Adagio z Sonaty Es-dur op. 12).  

Można by opisywać każdą z zamieszczonej na płycie sonat i w każdej odnaleźć masę niuansów, które Kremer z Argerich wydobywają na światło dzienne. Nie jest to jednak celem tego tekstu. Trzeba jednak koniecznie napisać o Sonacie A-dur „Kreutzerowskiej”, która jest żelazną pozycję skrzypków, a będącej nie lada wyzwaniem dla każdego kameralisty. Kreutzerowska wyłamuje się z wszelkich  klasycznych ram klasycznej sonaty, co w tytule podkreślał sam kompozytor, przyrównując ją do koncertu. Bo w istocie jest to koncert podwójny. Rozbudowane i wirtuozowskie partie obu instrumentów współpracują ze sobą, to znów rywalizują. Kreutzerowska sprawdza trzy umiejętności artystyczne: gry kameralnej, wrażliwość muzyczną oraz techniczną sprawność instrumentalisty. Bez którejkolwiek z nich – traci. Jednak Gidon Kremer i Martha Argerich to zarówno doskonali instrumentaliści, kameraliści a nade wszystko muzycy, dlatego największe niebezpieczeństwo dotyczące przekroczenia granicy ekspresji nie jest w stanie zakłócić ich wykonania. Przy tak ogromnym ładunku emocjonalnym nie trudno o „zarzynanie” dźwięku i niedbałość. Sławnemu duetowi to się jednak nigdy nie zdarza. Każda fraza utrzymana jest z doskonałą dozą emocji, także nie odnosi się wrażenia wymuszonej ekspresji lub, co gorsza, jej nadmiaru. Nie sposób nie odnieść się również do temp jakie „serwują” nam Kremer i Argerich, zwłaszcza tych żywych. Są to tempa jakich wcześniej się nie stosowało. Pierwszy raz Allegro rzeczywiście oznacza „szybko”, a accelerando prawdziwe przyśpieszenie. Artyści spojrzeli na Beethovena jak na prekursora romantyzmu, a nie jak na grzecznego klasyka, którego znamy z innych nagrań np. Arthura Grimiaux i Clary Haskil. 

Nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić wszystkich do nabycia albumu wielkortnie wznawianego przez wytwórnię fonograficzną Deutsche Grammophon. Trzy krążki dostarczą wielu wrażeń i każdorazowe słuchanie pozwoli odkryć coś nowego w sonatach Beethovena. Tego jednak nie da się opowiedzieć…

Damian Kułakowski

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.