Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

„Koncertowy” Wagner

Grzegorz Dąbrowski Grzegorz Dąbrowski

Po wagnerowskim wieczorze w ramach Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena mam mieszane uczucia. Organizatorzy, chcąc uczcić dwustulecie urodzin i stutrzydziestolecie śmierci wielkiego twórcy dramatu muzycznego, zaproponowali słuchaczom koncertowe wykonanie drugiego aktu Tristana i Izoldy. Choć z tym właśnie dziełem miałem styczność po raz pierwszy, to utwierdziło mnie ono w przekonaniu, że należę do ludzi nie ogarniętych tą błogosławioną chorobą, jaką jest „wagneritis”. Przyznam szczerze, że najsłynniejsza scena tego aktu, a jednocześnie najdłuższa i rzekomo najpiękniejsza scena miłosna w historii opery nie przekonała mnie zupełnie. Nie miała ona dla mnie tej oczekiwanej romantycznej tkliwości, jaka powinna cechować intymny dialog dwojga tragicznie miłujących się kochanków. Wyznania miłosne, wypowiedziane pod osłoną nocy, były patetycznie wykrzyczane, mocno przesadzone w swym egzaltowaniu. Czuję wewnętrznie, że choroba, na którą ja cierpię, „mahleria” jest jednocześnie świetnym antybiotykiem wobec romantycznych dialogów Wagnera. Moje obiekcje skierowane są nie tylko do emocji zawartych w  warstwie wokalnej muzyki Wagnera, koncertowe wykonanie fragmentu tego dzieła obfitowało w kuriozalne wprost zachowania śpiewaków. Śpiewaków, gwoli ścisłości, technicznie świetnych, których warsztat szczerze doceniam. Nie rozumiem jednakże, dlaczego w trakcie wykonania koncertowego silili się oni na ograniczoną i śmieszną grę aktorską. Dla przykładu, Izolda, której partię wykonywała Evelyn Herlitzius, musiała od czasu do czasu przerwać swą ekstatyczną pozę, by przełożyć kartkę w partyturze, Melot (Rafał Bartmiński), po wykrzyczeniu słów „Ha! Zdrajco! Zemsty dokonaj królu! Czy znosić masz tę obrazę?” bezceremonialnie wyszedł, tymczasem Tristan (Stefan Vinke) wykrzyczał wyzwanie na pojedynek do przysłowiowej „pustej ściany”. Para kochanków, która według libretta zastygnąć miała w „ekstatycznej pozie” zarzuciła sobie jak najbardziej przyjacielsko ręce na szyje. Nie mówiąc już o tym, że nie wyobrażam sobie Tristana, czy Melota ubranych w garnitury… Niezrozumiałe dla mnie było to zachowanie i uważam, iż zdecydowanie lepiej to wykonanie broniłoby się, gdyby pozostało w pełni „koncertowe”. Wielkie wrażenie natomiast zrobiła na mnie trzecia scena, scena dramatycznego monologu króla Marka (Franz Hawlata), cierpiącego bardziej nad zdradą i nielojalnością najwierniejszego przyjaciela i poddanego, niźli nad niewiernością żony. Oszczędna w gestach i pełna tragicznego wyrazu i bólu, poruszyła mnie do głębi. Duże uznanie muszę także oddać orkiestrze (NOSPR), która bardzo starannie płynęła w niekończącej się melodii, której kunszt i wartość muzyczną samą w sobie (niezależną od związku z tekstem) szczerze podziwiam.

Mimo wszystko jednak wyszedłem z tego koncertu rozbawiony „grą aktorską” śpiewaków i przytłoczony przepełnioną patosem muzyką Wagnera. Cóż, zastanawiam się, jak brzmiałaby symfonia, gdyby Wagner takową napisał, bowiem faktura orkiestrowa była momentami bardzo symfonizująca, z drugiej zaś strony, nie mogłem oprzeć się rozmyślaniom, jak miłosny dialog Tristana i Izoldy opracowałby Mahler, kompozytor, któremu tęsknota za miłością z pewnością nie była obca.

 

Grzegorz Dąbrowski

 

Recenzja koncertu 17. Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena 18 III 2013 r. o godz. 19.30 w Sali Moniuszki Opery Narodowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.