Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Iwaszkiewicz, Kisiel i zespół Il Canto

asd asd

 

 

il canto

 

 

Czytałem ostatnio Dziedzictwo Chopina i szkice muzyczne Jarosława Iwaszkiewicza, który w sposób iście literacki odnosi się do swej ukochanej sztuki, jaką była dla niego muzyka. Nie jest to jednak treścią tego tekstu. O tym kiedy indziej. Niżej podpisanego szczególnie przykuła kilkakrotnie przywołana przez pisarza myśl o pięknie muzyki i jej werbalnej niewyrażalności. Iwaszkiewicz nie miał jednak na myśli zerwania więzi pióra literackiego z piórem kompozytora, lecz poddanie się urokowi muzyki jako takiej, a więc odstawienie na bok analiz formalnych czy harmonicznych dzieła. Te spostrzeżenia nasunęły mi się po wysłuchaniu koncertu zespołu wokalnego Il Canto, który wykonał Missę Paschalis Marcina Leopolity oraz Missę pro defunctis Orlanda di Lasso, kompozytorów renesansowych, reprezentujących szczytowe osiągnięcie polifonii franko-flamandzkiej. Warto dodać, że  Mszę paschalną Leopolity uważa się za najwybitniejsze dzieło muzyczne renesansowej Polski, które w całości dotrwało do naszych czasów.

Refleksja, jaką chciałbym się podzielić, ma swe podłoże także w tekstach Stefana Kisielewskiego, kompozytora, krytyka muzycznego. Był on wielkim obrońcą stanowiska, jakoby muzyka nie wyrażała żadnych treści poza nią samą. Innymi słowy, że nie ma żadnych podstaw, aby zaistniała asocjacja muzyki z inną sztuką czy ludzkim uczuciem, które to mogłyby ułatwić słuchaczowi odbiór. Czytając te teksty byłem pełen oburzenia, gdyż, choć sam wierzę najgłębiej w muzykę absolutną, nie mogłem przyjąć stanowiska odrzucającego związek uczucia z muzyką. Wydawało mi się niemożliwym i wręcz absurdalnym odcięcie emocji od najbardziej abstrakcyjnej ze sztuk jaką jest muzyka, gdyż byłoby to zerwanie gałęzi na jakiej się siedzi. Choć w tej kwestii nadal jestem przeciwnikiem Stefana Kisielewskiego (bo w innych jak najbardziej się zgadzam), to jednak muszę przyznać, że koncert zespołu Il Canto przybliżył mnie chyba do myśli naszego felietonisty, gdyż słuchając renesansowej polifonii, po prostu odciąłem się od jakichkolwiek „uczuć”. Było to jak zatopienie się w dźwiękach i tylko w nich. Idealny stop głosów, wybrzmiewające w kościelnej nawie harmonie i zakończenia przeprowadzeń oddziaływały na moją percepcję bez poruszania emocji. Była to cały czas tylko muzyka, lub   a ż  muzyka.

Chylę czoło zarówno przed Jarosławem Iwaszkiewiczem jak i Stefanem Kisielewskim, ale ponad wszystko przed zespołem Il Canto, dzięki któremu udało mi się (przynajmniej tak mi się wydaję) uszczknąć trochę z muzycznej idei Kisiela. Jaką zatem rolę odgrywają tutaj kompozytorzy, bo o nich tak naprawdę niewiele napisałem? Przyjmując, że muzyka absolutna z zasady istnieje niezależnie od nas (co stwierdził o Absolucie już Plotyn), myślę, że kompozytor jest w tym momencie poszukiwaczem muzyki w świecie, jej wydobywcą, ale nie twórcą. Nie możliwe jest bowiem tworzenie czegoś co istnieje od zarania i wykracza poza nas… Leopolita i Orlando zbliżyli się do tego absolutu tak bardzo, że  przekonałem się o sile muzyki samej w sobie. 

Damian Kułakowski

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.