Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Grand finale pod kocykiem

Marta Urbanowicz Marta Urbanowicz

Na zakończenie XXIII Festiwalu Mozartowskiego organizatorzy przygotowali coś specjalnego. Określone mianem widowiska plenerowego, przedstawienie „Don Giovanniego” na dziedzińcu Pałacu w Wilanowie przyciągnęło rzesze ludzi – i w sobotę, i w niedzielę.

 

Wydawać by się mogło, że elewacja rezydencji Jana III Sobieskiego stanowić będzie idealne tło dla niecałe 100 lat od niej młodszej opery. Wciąż widać efekty gruntownej renowacji wilanowskiego zespołu pałacowo-parkowego, przeprowadzonej w 2004 r, a odbywające się w nim Letnie Koncerty Królewskie, czy Międzynarodowa Letnia Akademia Muzyki Dawnej, sprawiły, że ów zabytek zapisał się w tradycji Warszawy jako istotna placówka kulturalna.

Nie dziwi więc, że nasze widowisko plenerowe zorganizowano ze sporym rozmachem. Zamiast scenografii wyświetlono modną obecnie animację multimedialną, a na przestrzeń wykonawczą przeznaczono zarówno scenę, jak i tereny wokół niej I tak oto, gdy wybrzmiewają ostatnie dźwięki uwertury, z pałacowych drzwi po lewej wyłania się Leporello, sygnalizując rozpoczęcie się akcji. Przez większość czasu przedstawienie odbywa się jednak po bożemu – na deskach sceny. Można by zarzucić organizatorom nieumiejętne wykorzystanie dostępnego miejsca, jednak spora ilość telebimów mówiła sama za siebie  Osobiście, siedząc po lewej stronie widowni, nie miałam pojęcia, co działo się, gdy śpiewacy przechodzili na przeciwny kraniec dziedzińca. Sytuacji nie ułatwiało to, że jeden z dużych ekranów znajdował się niemalże nad moją głową, natomiast by spojrzeć na drugi, musiałam naprawdę mocno wykręcić szyję.

Wystawienie opery w plenerze wymagało też oczywiście odpowiedniego nagłośnienia. I nie zamierzam się już rozwodzić nad tym, że potężne głośniki sporej ilości widzów przesłaniały pół świata. Przez niemal cały wieczór bardzo dobrze spełniały one swoje zadanie.  

 

Omówiwszy wszelkie kwestie techniczne, warto zwrócić uwagę na umiejętności wokalne wykonawców, którzy w trudnych, plenerowych warunkach udowodnili, że operę można wystawić w piękny sposób nawet chłodną i wietrzną nocą. Robert Gierlach w roli tytułowego bohatera, Rafał Siwek jako Komandor, czy Gabriela Kamińska w przejmującej arii Donny Anny „Crudele! Ah no”, wraz z pozostałymi artystami niedzielnego wieczoru zasługują na naprawdę duże brawa.

 

Pomimo paru niedogodności organizacyjno-technicznych, chmar głodnych komarów i przejmującego zimna, które sprawiło, że spora część widowni oglądała „Don Giovanniego” przykryta przyniesionymi z domów kocykami, kończące Festiwal Mozartowski widowisko można uznać za jak najbardziej udane. I niezrozumiałe pozostają dla mnie tylko dwie rzeczy – dlaczego koniec pierwszego aktu zdecydowano się zagrać po przerwie, a ostatnią, zbiorową scenę po oklaskach, niby w charakterze bisu.

Cóż, tego już najprawdopodobniej się nie dowiem. Jedno jest pewne – XXIII Festiwal Mozartowski zakończył się, a na kolejny, jak zwykle, czekać musimy rok.

 

Marta Urbanowicz

 „Don Giovanni” na dziedzińcu Pałacu w Wilanowie, 21 lipca 2013 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.