Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Górecki okiem jazzmana

Grzegorz Dąbrowski Grzegorz Dąbrowski

Studio Koncertowe Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego na poniedziałkowym koncercie wypełnione było po brzegi. Rzadki to, ale miły widok. Pytanie tylko, co tego wieczoru sprowadziło tak liczną grupę melomanów: wykonanie Concerto doppio na skrzypce, altówkę i orkiestrę Pendereckiego z m.in. Aleksandrą Kuls jako solistką? Koncert na fortepian i orkiestrę smyczkową op. 40 Góreckiego w interpretacji Leszka Możdżera? A może Sinfonia concertante Es-dur na skrzypce, altówkę i orkiestrę w wykonaniu m.in. świetnego skrzypka Thomasa Zehetmaira i Orkiestry XVIII wieku pod dyrekcją Fransa Brüggena? Wybór był duży i wydarzenie to, zgodnie z oczekiwaniami, zapewniło dużo emocji. Ja, przyznam szczerze, głównie czekałem na Możdżera, ale nie był to jedyny powód.

Do późnej twórczości Krzysztofa Pendereckiego, zwłaszcza tej symfonicznej, mam zazwyczaj negatywny stosunek. Tym razem jednak zostałem mile zaskoczony. Concerto doppio napisane niespełna rok temu, wprawdzie nie jest utworem „współczesnym” w dzisiejszym znaczeniu tego słowa, jednak jest bardzo interesujący w kontekście Nowego Romantyzmu, jaki kompozytor w swojej twórczości propaguje od niemal 40 lat. Dużo w nim rozwiązań brzmieniowych rodem z symfoniki Mahlera czy Szostakowicza, pojawiają się także momenty nad wyraz patetyczne, trącące miejscami kiczem, ale tym razem Penderecki nie przesadził z monumentalizmem. Może było to związane z obecnością dwóch instrumentów solowych (skrzypiec i altówki), przy których faktura symfoniczna siłą rzeczy musiała zostać poskromiona. Ponadto dzieło to, mimo niejednolitości, wielu kontrastów wyrazowych, jest bardzo spójne i czytelne w odbiorze. Partie solowe, napisane z dużą dozą wirtuozerii, wykonali Aleksandra Kuls (skrzypce) i Ryszard Groblewski (altówka). Prowadząc ze sobą przekonujący dialog, kontrastujący z rozbudowaną partią orkiestry, wciągnęli mnie w zaskakująco interesującą narrację. Orkiestra Kameralna Miasta Tychy Aukso pod dyrekcją Marka Mosia zręcznie i rozsądnie oplatała grę solistów, choć momentami nie udawało jej się sprostać kontrastowi wolumenu brzmienia i w niektórych miejscach o gęstej instrumentacji zagłuszała solistów. Całemu zespołowi udało się natomiast zachować jednolitą myśl i grać równo przy różnorodności temp w tej kompozycji.

Gwiazdą wieczoru natomiast okazał się Leszek Możdżer, znany ze swoich dokonań na gruncie muzyki jazzowej. Tym razem jednak wystąpił w roli solisty w Koncercie na fortepian i orkiestrę smyczkową Op. 40 Henryka Mikołaja Góreckiego. Cóż to było za wykonanie! Koncert z natury swej bardzo energiczny, temperamentem wywodzący się z Podhala, miejscami brutalny i nieociosany, stawia solistę w początkowej części nie na pierwszym planie, a w roli kontrapunktu do melodii granej przez orkiestrę, w części drugiej zaś dominują kontrasty solo-tutti. Jedynym momentem wytchnienia jest fermata łącząca obie części. Możdżer zinterpretował to dzieło z prawdziwie jazzowym smakiem. Nigdy jeszcze nie słyszałem w wykonaniach Koncertu tak ciekawie zbudowanych napięć, porażających poziomem forte, trzymających w uwadze, ale nie przytłaczających. Nie sposób nie wspomnieć także o samym zachowaniu pianisty, którego ekspresja kazała mu wstawać w części drugiej, mruczeć i dawać upust energii, która kłębiła się w nim w trakcie wykonania. Nic więc dziwnego, że po pierwszym ukłonie bezceremonialnie wybiegł ze sceny, zostawiając Marka Mosia i orkiestrę Aukso samych. Interakcja z orkiestrą także była bardzo udana, w końcu nie było to pierwsze zetknięcie się tego składu z dziełem Góreckiego, ba, trwa już wiele lat. Możdżer bardzo często współpracuje z orkiestrą Aukso, a druga część Koncertu często brzmi wtedy na bis. Tym razem jednak bis Możdżer wykonał solo i zagrał jedną ze swoich chopinowskich improwizacji.

W drugiej części koncertu Thomas Zehetmair (skrzypce), Ruth Kilius (altówka) oraz Orkiestra XVIII wieku pod dyrekcją Fransa Brüggena wykonali Symfonię koncertującą Es-dur KV 364. O grze samej orkiestry nie trzeba nic pisać, jest klasą samą dla siebie, rzadko można usłyszeć Mozarta w wydaniu tak dostojnym, a jednocześnie delikatnym i miękkim, nasyconym zadziorną, młodzieńczą dumą. Soliści świetnie współgrali z orkiestrą, wszak dzieło to opiera się na współdziałaniu, niekoniecznie rywalizacji. Niestety miejscami dialog między samymi solistami urywał się, nie był spójny i płynący. Do tego dochodziły jeszcze błędy intonacyjne Ruth Kilius. Na szczęście jednak nie było ich dużo, nie przeważyły nad odbiorem całości.

Muszę w tym miejscu złożyć także głębokie ukłony i wyrazy największego podziwu dla dyrektora Orkiestry XVIII wieku Fransa Brüggena, który mimo wieku i wyraźnie złego stanu zdrowia, wciąż niestrudzenie i z powodzeniem kontynuuje pracę artystyczną; z duchową energią i wprost niderlandzką precyzją. A na festiwalu wystąpił ze swoją orkiestrą aż trzy razy.

 

Grzegorz Dąbrowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.