Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Głośne granie i dużo bisów

Katarzyna Stasiewicz Katarzyna Stasiewicz

Kolejny, czwarty dzień festiwalu Chopin i Jego Europa, należał do belgijsko-izraelskiej pianistki, Edny Stern.

 

Pierwszą część koncertu artystka rozpoczęła od trzech chorałów Jana Sebastiana Bacha w opracowaniu Ferruccio Busoniego. Ta piękna muzyka wydała mi się niestety zupełnie niechorałowa. Rozmazana przez nadmierne stosowanie prawego pedału, zbyt ciężka przez nadmierne forte, oprócz tematu nie miała nic wspólnego z chorałem. Bardzo podobne wrażenie miałam przy słuchaniu dalszych utworów, prezentowanych przez Stern w tej części koncertu, mianowicie Siciliany z Koncertu d-moll (czyli dokonanej przez Bacha transkrypcji Concerto grosso op. 3 nr 11 Antonia Vivaldiego) oraz Chaccony z Partity d-moll na skrzypce solo (również w opracowaniu Busoniego). Wszystko było z jednej strony zmiażdżone przez głośne, ostre forte, z drugiej jakieś niewyraźne i rozmyte. Muzyka w tym gdzieś się zagubiła.

 

W drugiej części koncertu widownia miała zostać uraczona dwoma walcami Chopina (a-moll oraz cis-moll), jego Sonatą b-moll op. 35 oraz balladą g-moll op. 23. Jeżeli chodzi o walce, to charakterem nie odbiegały jakoś szczególnie od utworów z pierwszej części koncertu, były po prostu nijakie. Sonata, czyli najdłuższa i najbardziej złożona forma, jaką mieliśmy podczas tego wieczoru usłyszeć, wypadła… gorzej. Odnosiłam wrażenie, że Stern nie za bardzo wie, z czym ma do czynienia, miota się po klawiaturze, próbując pokazać swoją wrażliwość i pasję. Nie zapominajmy o rozmazaniu najpiękniejszych fraz poprzez zbyt rozbudowaną pedalizację. Ostatni utwór, Ballada g-moll, była kanciasta i nieładna. Brakowało mi prowadzenia frazy, wszystko było jakieś poszatkowane i niezgrabne.

 

Końcowym zarzutem do pianistki jest sprawa czysto techniczna, która jednak (przynajmniej mi) zakłóca prawidłowy odbiór. Przy najmniejszej nawet wpadce tekstowej artysta nie powinien nagle zacząć się uśmiechać! W innych okolicznościach oczywiście, uśmiech jest jak najbardziej wskazany, jednak soliści nie powinni uwydatniać swoich potknięć dodatkowo za pomocą mimiki twarzy. Wypadają wtedy, jeśli już nie amatorsko, to po prostu źle.

 

Pomimo faktu, że koncert wypadł słabo, Stern zdecydowała się bisować… trzy razy. Odważnie i, moim zdaniem, zupełnie nie na miejscu. Na drugi bis pianistka wyszła w momencie, kiedy brawa na widowni już ucichły i każdy powoli zaczynał zbierać się do wyjścia, co wywołało wśród zebranych na sali lekką konsternację. Dodam, że interpretacyjnie bisy nie różniły się od wykonywanego wcześniej programu.

 

W momencie, kiedy solistka wyszła bisować po raz trzeci, miałam wrażenie, że podczas jednego koncertu poznam wszystkie utwory, które Edna Stern ćwiczyła w ostatnim czasie, jednak na trzech się skończyło. Wróciłam do domu z pytaniem w głowie – gdzie w tym wszystkim była muzyka?

Katarzyna Stasiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.