Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

„Głos” na Warszawskiej Jesieni

Grzegorz Dąbrowski Grzegorz Dąbrowski

 

Rozpoczęta Mazurkiem Dąbrowskiego 55. edycja Warszawskiej Jesieni ruszyła pełną parą. Sala koncertowa Filharmonii Narodowej, choć nie wypełniona po brzegi, zgromadziła bardzo liczną publiczność. Miłośnicy muzyki współczesnej po tak ciekawym otwarciu z pewnością z jeszcze większym zainteresowaniem spojrzą na to, co w najbliższych dniach ma im do zaoferowania dyrektor festiwalu Tadeusz Wielecki i Rada Programowa.

Repertuar koncertu był bardzo zróżnicowany. Orkiestra Filharmonii Narodowej pod batutą znanego ze swego zamiłowania do muzyki nowej Pascala Rophé rozpoczęła od – można powiedzieć – „klasyki”. Na scenie opustoszałej po wyjściu smyczków pozostała orkiestra instrumentów dętych, perkusja oraz fortepian i organy Hammonda. Zespół ten wykonał Uwerturę pittsburską Krzysztofa Pendereckiego napisaną w 1967 roku, ale w Polsce wykonaną po raz pierwszy. Zanim jednak utwór się rozpoczął, naszła mnie pewna refleksja. Chodzi o wspomniane wyżej smyczki, których brak wydawał się czymś tak niezwykłym, że widzowie siedzący w lożach mogli z wielkim zainteresowaniem przyglądać się posadzce sceny. Jest to, moim zdaniem, kontynuacja rozpoczętego na początku XX wieku procesu detronizowania zbędnego, okazuje się, kwintetu.

Uwertura, napisana po sukcesie Pasji wg św. Łukasza, utrzymana jest w stylistyce czysto sonorystycznej. Penderecki, skrzypek, mający w dorobku tak genialne kompozycje sonorystyczne na instrumenty smyczkowe jak Ofiarom Hiroszimy – tren, zdaje się oddawać sprawiedliwość i głos instrumentom dętym. Od początku utworu dało się słyszeć to niesamowite, dysonujące brzmienie, tak charakterystyczne dla wczesnej twórczości Pendereckiego. Dzieło to, pełne zaburzeń, niestałe, trzymało mnie w uwadze aż do finałowego uderzenia dwóch kotłów i wielkiego bębna.

Głos, który swym sonorystycznym brzmieniem zabrała orkiestra dęta, przypomniał mi o temacie tegorocznej edycji festiwalu. Brzmi on bowiem: Warszawska Jesień… z głosem. Temu właśnie aspektowi muzyki tegoroczna Jesień jest poświęcona i realizuje to założenie po swojemu – nietypowo, współcześnie.

Następnym utworem, który usłyszeliśmy, było Roseherte na wielką orkiestrę i elektronikę holenderskiej kompozytorki Rozalie Hirs. Rozumiem, jeśli komuś dzieło to mogło wydać się monotonne, mnie jednak zafascynowało, wprawiło w trans swoją akordową budową, po monumentalnym wstępie rozwijając liryczną, wręcz mistyczną opowieść. Kompozytorka w komentarzu zamieszczonym w programie napisała, że utwór ten „swą nazwę zawdzięcza mitycznemu holenderskiemu zwierzęciu z czasów średniowiecza, żyjącemu w głębinach serca”. Roseherte znaczy „jeleń róży”.

Kompozycja Rozalie Hirs okazała się być jedynie skromnym, niepozornym interludium przed Zverohrą (Grą zwierząt) Kryštofa Mařatki. Czeski twórca z niepozbawionym poczucia humoru podejściem stworzył cykl pieśni antropoidalnych na sopran i orkiestrę. Określenie „antropoidalne” jest autorstwa kompozytora, chodzi w nim o pewną refleksję nad tajemnicą, jaka kryje się w ekspresji muzycznej naszych praprzodków sprzed 50 tysięcy lat. Elena Vassilieva była zdecydowanie na pierwszym planie, wykrzykując sycząc, jęcząc, mówiąc (sic!) niezrozumiałym prehistorycznym zlepkiem zgłosek. Różnorodne nowatorskie techniki wokalne można by wymieniać bez końca, a na ich temat mogłaby powstać publikacja naukowa, na co w zwykłej recenzji nie ma miejsca, ale nie mogę nie zwrócić uwagi na genialne wykonanie Vassilievy. Jej odgłosy mogły wydawać się z początku zabawne, jednak wiarygodność, z jaką przekazywała nam swoją historię przy użyciu, że się tak wyrażę, „małpiej wokalizy” była oszałamiająca. Vassilieva dała się także poznać jako świetna aktorka, która gestem, ruchami, pełnymi ekspresji zwrotami to w lewą, to w prawą stronę publiczności, dopełniała świetnego wykonania. Jakby tego było mało, w pewnym momencie zaczęła prowadzić dialog, w którym świetnie oddała dramatyzm całej sytuacji, której tematu możemy się tylko domyślać. Orkiestra zaś była jedynie tłem, odzwierciedlającym muzykę, jaką tworzy natura. Trudno się dziwić, że kompozycja ta, a szczególnie jego główna odtwórczyni zebrała najgorętsze owacje.

Druga część koncertu również była ciekawa, jednak trudno było dorównać wrażeniu pozostawionemu przez dzieło Mařatki. Ein Brief (List) Mauricio Kagela, scena koncertowa na mezzosopran i orkiestrę to kompozycja o bardzo interesującej koncepcji. Z treści listu śpiewaczka (Liliana Zalesińska) przeczytała jedynie „Moje kochanie”. Resztę stanowiły dramatyczne, tragiczne wręcz uczucia wyrażane poprzez pełną ekspresji i bólu wokalizę. Treści listu mogliśmy się jedynie domyślać. Jak bardzo druzgocącą serce wiadomość ze sobą niosła, że jego adresatka z rezygnacją wpatrzona w dal, darła powoli kartkę za kartką…

Koncert zamknął Speakings Jonathana Harveya na orkiestrę i elektronikę, utwór, na który bardzo czekałem i który, przyznam, trochę mnie rozczarował. „Partia orkiestrowa – jak pisze kompozytor – została ukształtowana elektroakustycznie poprzez fragmenty zaczerpnięte z najprzeróżniejszych nagrań”. Krótko mówiąc chodziło o to, by poprzez poddanie głosu ludzkiego analizie spektralnej uzyskać efekt orkiestry, która „mówi”. Utwór, który tak ciekawie się zapowiadał, rozbudzając wyobraźnię niestałymi współbrzmieniami, zaczął się w końcu dłużyć i nawet monumentalna kulminacja drugiej części nie zatarła tego wrażenia.

Para buch, koła w ruch i muszę przyznać, że jestem ogromnie ciekaw, co też następne występy festiwalu będą mi miały do „powiedzenia”.

 

Grzegorz Dąbrowski

Recenzja koncertu otwarcia 55. Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej Warszawska Jesień. 21.09. godz. 19.30.

NA ZDJĘCIU: PASCAL ROPHE, FOT.: MAT. ORGANIZATORA.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.