Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Gdyby było możliwe przywrócenie życia zmarłej …

Dominika Kowalska Dominika Kowalska

Gdyby było możliwe przywrócenie życia zmarłej …

 

12 Festiwal Ogrody Muzyczne „ W cieniu cyprysów” powoli dobiega końca. Za nami kilka udanych wieczorów, ale jest jeszcze na co czekać (ja osobiście nie mogę się doczekać Greka Zorby).

 

Wszystkie projekcje i koncerty odbywają się na dziedzińcu Zamku Królewskiego, w dużym namiocie otoczonym zielenią. Z zewnątrz wygląda to bardzo dobrze, lecz dopiero po wejściu do namiotu czuje się jaki jest on  przytulny. Zadaszenie oraz ściany namiotu są zrobione z białego materiału przypominającego jedwab, pod naszymi stopami rozciąga się czerwony dywan. W środku można też podziwiać piękne cypryjskie widoki (trójka szczęśliwców będzie miało szansę zobaczyć je na własne oczy dzięki festiwalowemu konkursowi).

 

Ja postanowiłam wybrać się na projekcję Orfeusza i Eurydyki w reżyserii Mateusza Trelińskiego.  Średnia wieku podczas wieczoru wynosiła 50+ a zdecydowaną większość publiczności stanowiły panie. Zauważyła to również Kazimiera Szczuka – gość czwartkowego wieczoru. Pani Kazimiera wraz z Ryszardem Kubiakiem – gospodarzem wieczoru, głównie przybliżali publiczności idee feminizmu. Miało się to nijak do projekcji Orfeusza I Eurydyki, lecz było szalenie ciekawe (chociaż starsza pani siedząca obok nie podzielała mojego entuzjazmu, ostentacyjnie szeleszcząc papierkami od cukierków).

 

Jak wszyscy wiemy, opera Orfeusz i Eurydyka Glucka powstała z inspiracji mitologią grecką, czyli czemuś bardzo bliskiemu kulturze cypryjskiej. Jest to tragedia męża który cierpi po stracie żony i postanawia wydobyć ją z czeluści Hadesu. Niestety jak pamiętamy, nie udaje mu się to gdyż łamie jedyny warunek paktu, odwraca się by spojrzeć na Eurydykę (u Glucka historia kończy się happy endem, małżonkom dana jest druga szansa).

 

Orfeusza i Eurydyki Trelińkiego operą nie nazwę. Co prawda znakomite głosy – czyli to co jest najważniejsze, pozostają, lecz brak tu typowej sceny, orkiestry. Za scenę robi nowoczesne, minimalistycznie umeblowane mieszkanie, a muzyka leci z offu. Fabuła też jest nieco zmodyfikowana. Eurydyka nie jest śmiertelnie ukąszona przez węża, lecz popełnia samobójstwo (to takie współczesne, zważywszy na statystyki porównujące liczbę zgonów z powodu ukąszenia oraz liczbę samobójstw). Orfeusz podejmuje próbę odzyskania ukochanej, gdy ta wiruje w tańcu, zawładając całkowicie myślami męża. U Trelińskiego na happy end nie ma co liczyć. Orfeusz się odwraca i żona umyka, znika z jego życia po raz drugi, by nigdy nie powrócić.

 

Opera w wersji współczesnej zapewne miała być bardziej sugestywna, skłaniająca do refleksji nad samą historią. Na chwilę pozwoliła mi uwierzyć, że życie zmarłej osobie da się przywrócić, jeśli miłość do niej jest silniejsza niż cokolwiek innego. Jednak jak każda bajka, historia ta jest piękna lecz złudna. Miejsce Eurydyki jest w Hadesie, daleko od Orfeusza,  trzeba się z tym pogodzić, i już.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.