Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Freire – kultura dźwięku

Magdalena Białecka Magdalena Białecka

Od wieków zachwycają nas tak zwane wunderkinder – cudowne dzieci. Przybiegamy tłumnie na ich recitale, hołdujemy im, nie możemy wyjść z podziwu. Jakże tak młody, ledwie ukształtowany umysł mógł dosięgnąć głębi myśli Liszta, Schumanna czy Brahmsa – myślimy. Pragnienie zgłębienia tego fenomenu każe nam zapraszać wunderkinder na coraz to nowe festiwale, zadawać im coraz to trudniejszy repertuar – taki, z którym poradziliby sobie tylko nieliczni dorośli pianiści. Lecz oto po osiągnięciu wieku dojrzałego wunderkinder kończą się jako muzycy. Okazuje się, że ich rozwój muzyczny był chaotyczny, niepełny, powierzchowny. Nastawiony na szybki sukces, a nie prawdziwe obcowanie ze sztuką. Odchodzą w zapomnienie. Zostają pozostawieni sami sobie.

Dlatego chętniej chodzę na recitale pianistów takich jak Nelson Freire. Jego mistrzostwo nikogo specjalnie nie dziwi, gdyż przez czterdzieści lat poważnej muzycznej kariery zdobył już sobie u publiczności duży kredyt zaufania. W jego doskonałej grze wnikliwi słuchacze są w stanie wyłapać wiele niedoskonałości. W końcu mają prawo – zapłacili za najlepszą jakość wykonania, wymagają zatem takiego, które w pełni odpowiada ich muzycznemu smakowi. Gdyby na miejscu Freire’a znalazło się jakieś aktualne wunderkind, wszystkie tego rodzaju niedoskonałości uszłyby płazem.

Narodziny Nelsona Freire jako rozpoznawalnego pianisty miały miejsce w roku 1964 podczas konkursu im. Vianna da Motta w Lizbonie. Konkurs ten wymaga od muzyka bycia bardzo wszechstronnym: w repertuarze do przygotowania figurują utwory Bacha, klasyków, romantyków, kompozytorów XX wieku. Od czasu konkursu Freire nie zaniedbał żadnej z tych gałęzi pianistyki. Powiem więcej: stale je rozwijał. Linię jego kariery można by zilustrować jako drabinę o łagodnym kącie nachylenia. Rozwój nie nastąpił zbyt gwałtownie, lecz właśnie tak, że w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat pianista jest właśnie w apogeum formy.

Wczorajszy recital prezentował, podobnie jak konkurs w Lizbonie, przekrój przez style, epoki, kultury. Usłyszeliśmy Sonatę A-dur KV 331, siedem miniatur Brahmsa, Mimoletnosti Prokofiewa, cztery utwory Chopina (w tym jeden na bis). Nie zabrakło również Bacha – na drugi bis zabrzmiał chorał Jesus bleibet meine Freude w transkrypcji na fortepian – ani akcentu hiszpańskiego: w programie znalazł się utwór z cyklu Goyescas Enrique Granadosa, ciekawy przykład malarstwa dźwiękowego: utwory są inspirowane obrazami Francisca Goi. Cykl ten zabił zresztą kompozytora – Granados zginął na promie, którym wracał z Nowego Jorku z premiery opery napisanej na podstawie Goyescas.

Tym, co ujęło mnie w grze Freire’a, jest jego precyzja. Każdy dźwięk zdaje się inteligentnie wkomponowany w całość wykonania. Żaden nie przemyka mimochodem. Freire gra pięknym touché, z ogromną kulturą dźwięku. Słychać napięcia i odprężenia, forma utworu jest dobrze przemyślana. Nie ma tu miejsca na jakieś wzruszenia czy nadrabianie techniki i wiedzy muzykalnością. Freire gra pewnie, mistrzowsko, z elegancją. Nie buntuje się przeciw wskazaniom kompozytora.

Prawdziwa to wielkość, z taką lekkością przemierzać epoki.

 

Magdalena Białecka

Koncert 26 VIII 2013 r. w Studiu Koncertowym Polskiego Radio im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie w ramach festiwalu Chopin i Jego Europa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.