Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Frazy, które rozpływały się w powietrzu

asd asd

Kossenko i Les Ambassadeurs

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O koncercie Jean-Philippe Rameau – opera, której nie było, który zabrzmiał na finał cyklu Mazovia Goes Baroque pisze Piotr Wieczorek:

 

Les Ambassadeurs nie jest zwykłym zespołem wykonującym muzykę dawną, lecz międzynarodową formacją, z określonymi obszarami zainteresowania, które wytycza Alexis Kossenko. Ten dyrygent, flecista i szef zespołu na każdym kroku podkreśla swoją fascynację Jeanem-Philippem Rameau, o którym mówi „pierwszy impresjonista”, oraz mistrzostwem Dresden Hofkapelle, uważaną w swoich czasach za „najlepszą orkiestrę na świecie”). Charakterystyczną cechą drezdeńskiej kapeli była jej różnorodność. W skład wchodzili muzycy z wielu krajów Europy, którzy grali niezwykle szeroki repertuar i wprowadzili styl mieszany, Goûts Réunis, łączący cechy muzyki francuskiej i włoskiej. Jak na tamte czasy, ich brzmienie było wyjątkowe i nowatorskie – większa proporcja dętych w stosunku do również liczniejszych niż zazwyczaj smyczków sprawiała, że osiągana przez nich barwa była bliższa tej, którą dziś nazywamy „symfoniczną”.

Zacznijmy więc od programu, którego sam tytuł może wzbudzić zainteresowanie: Jean-Philippe Rameau – opera, której nie było. To znaczy była, tylko nie w takim kształcie. Z dwunastu spośród trzydziestu jeden oper tego kompozytora Kossenko wyselekcjonował arie, recytatywy i intermezza, które uznał za najbardziej interesujące i zestawił je ze sobą. Nie była to jednak składanka w rodzaju Słynne tematy operowe, ale przemyślana całość, która została zaprojektowana tak, aby końcowy produkt przypominał integralne dzieło. Poszczególne części połączone były ze sobą na zasadzie silnego kontrastu: dramatyczne lub kantylenowe i wprowadzające w zadumę sąsiadowały z radosnymi i skocznymi, którym towarzyszyły taneczne, ostinatowe rytmy. Często były ze sobą pomysłowo ściśle spojone; na ostatniej nucie jednego z rzewniejszych preludiów niespodziewanie weszły kotły z narastającym dynamicznie, powtarzającym się rytmem, który był już przedtaktem do żywiołowego intermezza. W innym przypadku szybsza część wchodziła na wybrzmieniu ostatniego dźwięku części wolnej, po nagłym jego urwaniu. Ważną rolę w tym spajaniu zajmowała perkusja, która nie ograniczała się do samych kotłów – w jej skład wchodziła m.in. wielka blaszana płyta, która po wprawieniu w drganie wydawała niski, długo utrzymujący się dźwięk o zaskakującej jak na swój kontekst, przeszywającej barwie.

Gdy mowa o barwie, nie sposób nie przejść do rozsmakowania się w walorach brzmieniowych, którego mogliśmy doświadczyć za sprawą zespołu Les Ambassadeurs, a zwłaszcza Alexisa Kossenki, grającego w niektórych częściach na fletach. Być może świadomy swoich możliwości, wybrał wiele ustępów z oper Rameau, w których to właśnie flet traverso gra kluczową rolę. W powolnych intermezzach, w których na tle zespołu grał w duecie z  flecistką Amèlie Michel, dał wybitny popis swojej muzykalności. Jego prowadzenie fraz w pełni pokazywało, że długie linie melodyczne u Rameau czy innych kompozytorów z tej epoki, na pozór suche i statyczne, przy odpowiednim potraktowaniu ze strony wykonawcy mogą zamienić się w najwyższy wyraz ekspresji (co Kossenko sam podkreślał w wywiadzie, który z nim przeprowadziłem pół roku temu). Słychać to było zwłaszcza w wykończeniach fraz, rozpływających się w powietrzu, odchodzących w nicość, nie urywanych. Znaleziono jakby złoty środek. Interpretacji tej absolutnie nie można było nazwać romantyczną, ale przez uwypuklenie subtelności, minimalne rozwibrowywanie dźwięku w najważniejszych momentach, muzyczne westchnienia, obroniono bardziej emocjonalne podejście do muzyki z tej epoki. 

W partiach solowych Kossenko osiągał jedność z orkiestrą, czuło się jego wtopienie zarówno w dialog, jak i w jej pulsację. Zespół Les Ambassadeurs stał się migoczącym, oddychającym organizmem.

Dopełnienie wrażeń zapewniających już i tak wysoki poziom zadowolenia zapewniali śpiewacy: Anders J. Dahlin (tenor) i Alain Buet (bas). Zwłaszcza ten pierwszy wykazał się niezwykłą lekkością i łatwością w wykonywaniu najtrudniejszych ozdobników czy dźwięków zbliżających się do końca skali jego bardzo jasnego, przejrzystego głosu. Jakby w celu podkreślenia tej łatwości, wszystko zostało zaśpiewane jakby od niechcenia, z dającym się wyczuć dystansem. Czy właśnie to spowodowało, że partie śpiewaków w porównaniu z wrażliwością i pełnią brzmienia orkiestry wypadły trochę bladziej? Innym powodem mogło być niedopatrzenie w doborze proporcji między śpiewakami a orkiestrą – momentami po prostu nie było ich słychać (tak jak czasem drugiego fletu w duecie Kossenko – Michel). 

Ta sama właściwość, która miała rezultat niepożądany w przypadku proporcji między głosem a zespołem, obróciła się na korzyść orkiestry – chodzi mi o grupę instrumentów dętych, zwłaszcza o oboje i fagot. Jeśli nie były nazbyt słyszalne, to doskonale służyło to ich funkcji w zespole, a jest to funkcja kolorująca, mająca nadać kontury brzmieniu generowanym już przez grupę smyczkową lub partie solowe. 

Na koniec, do uwag dotyczących głębokiej wrażliwości wykonawców ujawniającej się podczas części wolnych, trzeba dodać uwagę o ich kunszcie w częściach o charakterze tanecznym. W grze zespołu słychać było wigor, za którym szła wielka dyscyplina rytmiczna. Niedzielny koncert w Filharmonii Narodowej pokazał, że fascynacje Alexisa Kossenki, o których pisałem na początku, nie funkcjonują w orkiestrze jako czcze ideały, lecz jako żywe wyznaczniki sposobu interpretacji i wykonywania muzyki. Różnorodność repertuaru (kolaż z różnych oper Rameau), impresjonistyczna wrażliwość w wykonywaniu jego dzieł i barwa, którą poszczególni członkowie ukształtowali tak, że całość brzmienia była nierozerwalną całością – być może sama Dresden Hofkapelle nie powstydziłaby się takiego wykonania?

Piotr Wieczorek

 

 

Koncert 24 lutego 2013 r. na finał cyklu Mazovia Goes Baroque w Filharmonii Narodowej.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.