Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Fortepianu solo ciąg dalszy

Katarzyna Stasiewicz Katarzyna Stasiewicz

Piątego dnia festiwalu Chopin i jego Europa wysłuchałam recitalu fortepianowego rosyjskiego pianisty, Evgeni Koroliova. Muszę przyznać, że po występie Edny Stern miałam ochotę wziąć karabin i zacząć strzelać, więc przychodząc następnego dnia na koncert byłam trochę uprzedzona do recitali fortepianowych. Okazało się, że moje uprzedzenie nie było wcale potrzebne.

 

Pierwsza część koncertu wypełniona była utworami Jana Sebastiana Bacha. Koroliov grał wszystko w bardzo przemyślany sposób, operując bardzo stonowaną dynamiką. Dialog poszczególnych głosów i dobrze dobrane do poszczególnych części emocje, które dało się odczuć w VI Particie e-moll – to było właśnie to coś, czego mi brakowało u Edny Stern. Koncert włoski tego samego kompozytora Koroliov również zagrał ładnie. Piszę „ładnie”, bo może nie należało to do specjalnie porywających interpretacji, jednak wszystko zostało na swoim miejscu. Słychać było, że pianista wiedział, o czym gra i co chce tą muzyką przekazać.

 

Neutralnie nastawiona po pierwszej części, zastanawiałam się, co solista pokaże w drugiej, gdzie repertuar pozostawiał dużo więcej swobody. Druga połowa koncertu zawierała utwory Fryderyka Chopina: dwa nokturny (cis-moll oraz fis-moll), Scherzo E-dur, trzy mazurki z różnych okresów twórczości i Balladę f-moll. Nokturny trochę uśpiły moją czujność, Koroliov nie zachwycił mnie, wręcz trochę znużył. W Scherzu za to pokazał swój pomysł na Chopina, wróciły jego przemyślane zabiegi dynamiczne i barwowe – z powrotem zaczęło robić się ciekawie. Mazurki jednak znowu były trochę nijakie, przynajmniej dla mnie. I Ballada f-moll. W ostatnim utworze widać, że solista dał z siebie wszystko. Narracja cały czas konsekwentnie prowadzona dała spodziewany efekt. Oprócz tego po raz pierwszy mogliśmy usłyszeć forte fortissimo. Osobiście cieszę się, że usłyszałam je tylko w balladzie. Koroliov oszczędnie używał najgłośniejszej dynamiki, by ta nie spowszedniała przy zbyt częstym wykorzystaniu. Dzięki temu zabiegowi, kiedy w końcu pianista doprowadził do fortissima, słuchacz mógł przeżyć coś niezwykłego, czego wcześniej podczas tego koncertu nie odczuł.

 

Trzy bisy, w przypadku Koroliova – całkowicie uzasadnione.

 

Podsumowując, koncert wypadł w porządku. Nie wyszłam jakoś szczególnie oczarowana, może wszystko było trochę za bardzo „profesorskie”, przewidywalne, jednak tego wieczoru usłyszałam dobrą, przemyślaną muzykę. I chyba tego wytchnienia, po poprzednim, całkowicie nieudanym koncercie, potrzebowałam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.