Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Folklor w wielkim mieście

Dorota Łomicka Dorota Łomicka

1 czerwca br. w ramach Dni Historii Płocka w amfiteatrze nad Wisłą odbył się koncert Zespołu Pieśni i Tańca „Wisła” Płockiego Ośrodka Kultury i Sztuki w akompaniamencie Płockiej Orkiestry Symfonicznej pod batutą Janusza Przybylskiego.

Tuż po godzinie dwudziestej na scenie pojawił się prowadzący ubrany w typowo góralski strój i niemniej typową gwarą rozpoczął przedstawienie. Chociaż ludzi w teatrze nie było wielu, wszyscy wstali, gdy trębacze z całej Polski odegrali płocki hejnał. Dobra akustyka tego miejsca sprawiała, że wygrywana melodia robiła niewiarygodne wrażenie. Po kilkunastu minutach wstępu, podziękowań i mowie prezydenta miasta, nadszedł czas na właściwą część wieczoru – występ zespołu.

Pierwsze na deskach pojawiły się dziewczęta ubrane w stroje kurpiowskie, tańczące i śpiewające w rytm muzyki tak folklorystycznej, że wręcz niewiarygodnej. Po chwili dołączyli do nich chłopcy i show zaczęło się naprawdę. Jako że obok siebie miałam byłego członka zespołu, na bieżąco chłonęłam fakty dotyczące występu, od nazw poszczególnych tańców i utworów, kolejnych elementów występu („Patrz, patrz teraz!”), po imiona i historie członków zespołu. Obcas samoczynnie podrygiwał w takt muzyki skomponowanej przez pana Witolda Jarosińskiego. Mimo nie najlepszej jakości nagłośnienia, śpiewy powalały na kolana mocą ludowości. To właśnie w tej części występu pieśni podobały mi się najbardziej.

Drugi był taniec górali żywieckich, z którym to wiązała się zabawna historia – podczas jednego z występów kilka lat wstecz, dziewczyna nie zauważyła krawędzi sceny i występ swój zakończyła na podłodze, metr niżej. Zmianie uległy nie tylko muzyka, ale przede wszystkim stroje, co szczególnie zauważalne było u tańczących panów. W tej części koncertu najbardziej podobały mi się akrobacje polegające np. na przeskakiwaniu kapelusza jak skakanki (zdjęcie). Taniec górali żywieckich był niezwykle spektakularny pod względem choreograficznym, co jest zasługą pana Jana Łosakiewicza.

Ostatni element stanowił „Lemkowskije tanci”. Przez kilka chwil na scenie, poza muzykami z płockiej orkiestry symfonicznej, znajdowała się tylko jedna tancerka. Teatralne ruchy zdawały się opowiadać jakąś historię. Na myśl przyszła mi Balladyna, może dlatego, iż dziewczyna ta sprawiała wrażenie grzybiarki (a stąd do malin niedaleko) krzątającej się po lesie. Po dłuższej chwili dołączyły do niej pozostałe tancerki, a następnie reszta zespołu. Czułam się jak na lekcji historii, w jak najbardziej pozytywnym tych słów znaczeniu.

Wrażenie, jakie wywarł na mnie ten koncert, było nieziemskie. Występ zakończył się bisami i podziękowaniami dla twórcy grupy, pana Piotra Andrzeja Onyszko oraz orkiestry i dyrygenta. Folklor po prostu emanował ze sceny udzielając się widowni. Sama scena zaś dała tancerzom pole do popisu i spisali się oni na medal – i to złoty.

 

 

Dorota Łomicka

Recenzja koncertu 1 czerwca w płockim amfiteatrze, Dni Historii Płocka

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.