Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Filharmonia zdejmuje muzealne pantofle

Grzegorz Dąbrowski Grzegorz Dąbrowski

Recenzja koncertu w Filharmonii Narodowej z 30.01.

Czasem mam wrażenie, że czasoprzestrzeń muzyczna to skonstruowana przez kompozytora klatka. Dobry twórca pozwoli muzyce swobodnie poruszać się i latać w jej obrębie, zły pozostawi klatkę otwartą i niezabezpieczoną. Jeśli ma szczęście, muzyka nie odleci za daleko i wróci, jeśli nie, to przepadł. Ale nie skupiajmy się na skutkach ubocznych pozostawienia klatki otwartej, lecz na kunszcie kształtowania i odnajdywania się w przestrzeni zamkniętej. „Wolność leży w ograniczeniu”, jak mówił Ravel.

Livre pour orchestre Witolda Lutosławskiego to dzieło, które idealnie wpisuje się we wspomnianą wyżej metaforę. Kompozytor stworzył konstrukcję klarowną i pełną wewnętrznego napięcia; dzieło, w którym porządek wyrazowy stanowi nieustanna gra emocjami oraz kontrasty, które utrzymują słuchacza w ciągłym napięciu. Pełna symfonicznego rozmachu, ale mająca wyraźne granice. Lutosławski, bawiąc się nastrojami słuchacza, to zacieśniał fakturę i prezentował pełne, symfoniczne tutti, to rozluźniał ją i pozostawiał na krótką chwilę w rękach klarnetów, fortepianu  lub/i harfy, które niezobowiązująco poruszały się w obszernej, ale kontrolowanej przestrzeni aleatoryzmu. Przedstawiam jedynie rozwiązania skrajne, cała kompozycja pełna była bardzo interesujących kontrastów, nie dając odbiorcy ani chwili wytchnienia, a każdy odpoczynek był pozorny, bo jeszcze nie opadło wrażenie np. ekspresyjnych glissand, a już Intermezzo wchodziło w nowy Rozdział. Jest to zatem kompozycja, która tylko potwierdza, jak świetnym organizatorem czasu muzycznego był Lutosławski, jak sprawnie łączył symultaniczną grę dyrygowaną i aleatoryczną. Michał Dworzyński, który całym koncertem dyrygował, utrzymał zamierzone przez Lutosławskiego napięcie, prowadząc orkiestrę Filharmonii Narodowej bardzo precyzyjnie, trzymając „klatkę” cały czas zamkniętą.

Pierwszą część koncertu zamknęło Concerto-Cantata Henryka Mikołaja Góreckiego na flet i orkiestrę. Samego utworu nie chcę komentować w myśl zasady: mów dobrze, albo wcale. Nie chcę deprecjonować twórczości Góreckiego, którą cenię, ale to dzieło zupełnie do mnie nie trafiło. Z wielkim podziwem za to chcę powiedzieć o grze Łukasza Długosza, którego brzmienie już nie pierwszy raz mnie zahipnotyzowało, nie mówiąc już o niezwykłym wprost piano, tak delikatnym, ale i pełnym napięcia…

Przyjaciółka, z którą byłem na tym koncercie, podzieliła się ze mną refleksją, że w muzyce współczesnej brakuje jej liryki. Trudno mi było się  z nią nie zgodzić, jednak słowa te wypowiedziała w momencie chyba najbardziej odpowiednim, bowiem IV Koncert skrzypcowy Alfreda Schnittke to było genialne wprost połączenie współczesnych eksperymentów brzmieniowych z romantycznym liryzmem. Zaburzenie dysonującym forte dętych blaszanych kantylenowej frazy skrzypiec, mistyczny, na poły pärtowski  dialog skrzypiec z przestrojonym fortepianem, ale przede wszystkim sama gra Gidona Kremera, dramatyczna, ekspresyjna, niepozbawiona także zabiegów teatralnych. Gdy orkiestra tutti wykonywała swą kulminację, zagłuszając przy tym solistę, Kremer rozpaczliwie szarpał struny, a gdy to zawodziło, ciął smyczkiem powietrze w nadziei, że wprawi je w drżenie dostateczne do wywołania dźwięku. Niestety…

Kremer zachwycił publikę, bisował dwa razy, dając pokaz swego skrzypcowego warsztatu, a ja żałowałem i dalej uważam, że te dwa bisy, to było zdecydowanie za mało…

 

Grzegorz Dąbrowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.