Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Dźwięk przypomniany

Marta Urbanowicz Marta Urbanowicz

W kategorii kompozytorów zdecydowanie przeważają mężczyźni. W mniej lub bardziej zamierzchłych czasach, płeć piękna nikła w wielu dziedzinach, w niektórych zdawała się wręcz nie istnieć, w innych istnieć zabraniało jej prawo i obyczaj.

Po bliższym przyjrzeniu się sprawie, odkryjemy jednak, że w każdej z muzycznych epok kompozycją parali się nie tylko panowie. Owszem, do nich należały sale koncertowe, pamięć o geniuszu i wielkich dziełach… lecz w domowych zaciszach powstawały również utwory pisane żeńską ręką. Z pewnością wiele z nich nie zachowało się do naszych czasów, niektóre znane są w wąskich kręgach… nielicznym udało się zyskać rozgłos, a mimo to w sposób paradoksalny pozostały dziełami zapomnianymi.

Niemożliwe? A jednak – doskonałym przykładem owego zjawiska może być „Modlitwa dziewicy” Tekli Bądarzewskiej-Baranowskiej – światowy szlagier, dziś mało znany w samej ojczyźnie kompozytorki. Utwór w swym charakterze prosty i sentymentalny niektórzy kochają, inni go nienawidzą. Warto jednak pamiętać o tej dziewiętnastowiecznej kompozycji – nawet jeśli równolegle powstawały mazurki, polonezy, czy ballady Fryderyka Chopina, których wybitność ciężko kwestionować.

„Modlitwa dziewicy”, oraz inne, wybrane z ok. 45 utworów zapomnianej kompozytorki znalazły się na jej drugiej na świecie, a pierwszej w Polsce monograficznej płycie, zatytułowanej „Tekla Bądarzewska – zapomniany dźwięk”.

 

Album został nagrany przez Marię Pomianowską i zespół współpracujących z nią instrumentalistów. Bo mimo, że owe szkice muzyczne napisane zostały na fortepian, Maria Pomianowska odkryła w nich spory potencjał brzmieniowy przy aranżacji na inne instrumenty. Aranżację tę potraktowała dość swobodnie, w wielu utworach wprowadzając na przykład rozbudowane partie improwizacyjne.

Całość wypadła niewątpliwie barwnie i oryginalnie. A mimo to od razu po włożeniu płyty do odtwarzacza, wydała mi się ona nieco dziwna. Może jestem tradycjonalistką, ale opracowanie dzieł Bądarzewskiej na większy skład instrumentalny nieco przytłacza i momentami nie pozwala się ponieść muzyce, ani na niej skupić. Tak jakby Pomianowska, widząc, jak duże ma pole do popisu, wykorzystała aż za dużo możliwości.
Większość utworów wydała mi się specjalnie przebrana za muzykę łatwą, by bez trudu dotrzeć mogła do przeciętnego słuchacza. Pojawiła się nawet tendencja do uwspółcześniania dawnych dzieł, gdy obok lirycznych fraz w „Modlitwie” niespodziewanie zabrzmiała rytmiczna partia perkusji – brzmiąca obco i trochę nie na miejscu.

W gruncie rzeczy wolałabym, by kompozycje Tekli Bądarzewskiej wydane zostały w Polsce najpierw w oryginalnym opracowaniu na fortepian – prostym, poruszającym, właśnie takim jakie pozostawiła po sobie ich autorka. Interpretacja Marii Pomianowskiej brzmiała pięknie, lirycznie, filmowo – a mimo to, przez większość czasu czułam się nią zwyczajnie zmęczona.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.