Say gra Beethovena

Kultura? Nie słodzę.

Jak (i czy) muzykują Polacy. Rozmowa z Mateuszem Migutem

Chłopecki o młodym Albanie

Skrzypkowie marnotrawni, czyli jak altówka wróciła do łask

Jutrzenka skrzypka – rozmowa z Januszem Wawrowskim

Język muzyczny Lutosławskiego

Penderecki pod palcami chuligana

„Superformuła” jako równanie na wszechświat

Dźwięk, który zagłuszył muzykę

Magdalena Białecka Magdalena Białecka

Solistką wieczoru 20 sierpnia była młoda, izraelska pianistka Edna Stern.

 

Na początku zaproponowała nam fortepianowe transkrypcje utworów Jana Sebastiana Bacha, sporządzone przez Ferruccia Busoniego w estetyce zupełnie już romantycznej. Dwoma chorałami – Nunn komm’der Heiden Heiland oraz Ich rufe zu dir, Herr Jesu wywołała dobre pierwsze wrażenie. Dźwięk, mimo że jakby niedopracowany, niedokładny, dopiero krystalizujący się pod palcami młodej pianistki, jednak miał w sobie jakąś głębię, ekspresję. Bacha w tym może nie było, ale była w tej muzyce Edna Stern – co zgadzało się przecież z założeniem romantyków, żeby artysta przez sztukę wyrażał samego siebie. I mimo że koślawe ozdobniki nie miały w sobie ani nic z baroku, ani z romantyzmu, to prowadzenie głosów i wyczucie harmonii Edny Stern było więcej niż zadowalające.

 

Coś dziwnego zaczęło się dziać od trzeciego chorału – Wachet auf. To opracowanie chorałowe, osadzone przez Bacha w atmosferze niepewności splecionej z uśmiechem, oczekiwania pełnego nadziei, Stern zagrała z wyrazem głębokiego żalu, z dramatyzmem zupełnie nieprzystającym do charakteru chorału. Zupełnie nie do zaakceptowania był ostatni wykonany przez nią utwór Bacha – Chaconne z Partity d-moll na skrzypce solo. Mimo że stosowaną przez nią dynamikę tarasową można było uzasadnić nawiązywaniem do baroku, nie byłam w stanie zrozumieć intencji jej siłowej gry, w której zacierały się wszelkie subtelne detale tego pięknego przecież utworu. Mało to, w wykonaniu solistki Chaccone zdawała się podzielona na drobne fragmenty zupełnie ze sobą niepowiązane.

 

Druga, Chopinowska część koncertu potwierdziła niemiłe wrażenia z Bacha. Walce – a-moll op. posth. i cis-moll op. 64 nr 2 – pozbawione były tanecznego archetypu. Stern spieszła się, wpadała na kolejne dźwięki, nie wyrabiała się w ozdobnikach. Grała mocnym, nieładnym, siłowym dźwiękiem. Miałam wrażenie, jakby usiłowała osiągnąć dynamikę znacznie przewyższającą możliwości Steinwaya. A przecież nawet to natężenie forte, które udało jej się wydobyć, zagłuszało prawdziwą muzykę. Sonata b-moll nie miała w sobie nic z chopinowskiego wdzięku, tajemnicy, głębi, subtelności. Niestylowe, radykalne zmiany dynamiczne ostatecznie obnażyły niekompetencję Edny Stern w zakresie cieniowania dynamiki.

 

Jaka szkoda, że Edna – skądinąd „nosząca” w sobie muzykę – nie była w stanie przekazać jej swojej publiczności! W wolniejszych ustępach granych piano można było zauważyć jej intymną więź z fortepianem. Jednakże w dynamice fff – która na ogół towarzyszyła szybkim figuracjom – wszystko, co osiągnęła uprzednio, ginęło, i to było nie do zaakceptowania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.